„Trzy dni w Quiberon” – recenzja

Wreszcie! Nowy wpis i to od razu na początku Nowego Roku, a w dodatku o filmie o Romy Schneider, na który od dawna czekałam z utęsknieniem.

„Trzy dni w Quiberon” (2018)

Film „Trzy dni w Quiberon” owiany jest aurą tajemniczości i skandalu. Córka Romy Schneider, Sarah Biasini, zdecydowanie odcina się od tej produkcji i twierdzi, że film przedstawia nieprawdziwy obraz jej matki. Nie mnie to oceniać, bo nie jestem w stanie stwierdzić, czy akcja przedstawiona na filmie odpowiada rzeczywistości. W moim przekonaniu film ten w żaden sposób nie szkaluje Romy Schneider.

Akcja dzieje się na początku lat 80., gdy Romy udaje się do luksusowego kurortu w Quiberon, gdzie ma przejść kurację odnowy biologicznej. Mówiąc bardziej precyzyjnie, chodzi o ścisłą dietę i odwyk od alkoholu, tabletek i papierosów. Niestety Romy, jak to Romy, długo w tym postanowieniu nie wytrwała. Zaprosiła do siebie swoją przyjaciółkę z lat dzieciństwa. Nieoczekiwanie postanawia udzielić wywiadu – i zaprasza również zaprzyjaźnionego fotografa i dziennikarza „Stern”, M. Juergsa, który po latach wyda znaną w Polsce biografię Romy „Zawiedzione marzenia”. To niezwykła sytuacja, ponieważ Romy (w przeciwieństwie do własnej matki) stroni od prasy i zaciekle broni swojej prywatności. Tym razem jednak udziela bardzo szczerego wywiadu. Rozprawia się w nim z „Sissi” i niechęcią niemieckiej publiczności.

Film ukazuje Romy, jaką znam z jej licznych biografii książkowych i filmowych. Romy, jaką wspominają jej przyjaciele. Kruchą, zdesperowaną, oscylującą między beztroską dziecięcą radością a bezbrzeżnym smutkiem, pełną lęków i niepewności o przyszłość. Potrafiącą żyć chwilą podczas beztroskich spotkań z innymi, a jednocześnie niepotrafiącą poradzić sobie z szarą rzeczywistością. Otwartą na kontakt z obcymi ludźmi, a jednocześnie bojąca się rozmowy telefonicznej z własnym synem. Romy pełną skrajności. Kruchą. Podczas oglądania filmu chciałoby się ją po prostu przytulić. Jest pokazana z empatią i życzliwością, dlatego nie zgadzam się z zarzutem, jakoby ten film miał szkalować Romy. Ona sama wyraziła zgodę na wywiad i zdjęcia, które bynajmniej nie pokazują wymalowanej, wystrojonej gwiazdy filmowej, a zmęczoną życiem kobietę bez grama makijażu, w której oczach widać na przemian dziką radość albo ogromne cierpienie.

Jest dokładnie taka, jak reżyser Jacques Ruffio opisał na jej własnym pogrzebie:

Instynkt popychał ją do zachowań ekstremalnych. Była raz płomieniem, raz lodem, była mądra i głupia, wspaniałomyślna i wyrachowana, skłonna do kompromisów i nieprzejednana, radosna i pełna lęków. Nosząc w sobie tyle sprzeczności, miała wszelkie predyspozycje, aby wcielać się na ekranie w najróżniejsze postacie. Nie miała natomiast niczego, co kobiecie potrzebne do spokojnego życia, za którym tak bardzo tęskniła…

Marie Bäumer genialnie wcieliła się w Romy Schneider. Jak sama przyznała w wywiadzie, od lat odmawiała zagrania Romy, chociaż wizualnie bardzo ją przypomina. W końcu jednak się zgodziła. Cudownie naśladuje sposób bycia Romy – jej głos, mimikę, sposób mówienia. I robi to zupełnie naturalnie, bez wymuszenia.

Mówiąc krótko: cieszę się, że ten film powstał. Epizod z rybakiem, który zapytał ją, czy jest Sissi, na co ona odpowiedziała: „Nie, nazywam się Romy Schneider”, a z którym potem śmiała się i tańczyła do muzyki Beatlesów, mogłam wreszcie zobaczyć na ekranie. Wcześniej jedynie czytałam o nim w książce Juergsa (który oczywiście towarzyszył Romy w tej nocnej eskapadzie).

Film jest doskonale zrobiony pod względem wizualnym, nie można od niego oderwać wzroku. Dla niektórych może być zaskakujące, że film jest czarno-biały, ale to zapewne dlatego, że zdjęcia autorstwa Lebecka są właśnie w czerni i bieli, a więc podczas oglądania filmu ma się przed oczami dokładne ujęcia oryginalnych zdjęć z tamtego czasu. Gra aktorska na najwyższym poziomie.

Uważam, że film jest zbieżny z filmową autobiografią, jaki przedstawiono w filmie z 1967 roku („Portrait eines Gesichts”), w którym Romy udzieliła wywiadu rzeki o swoim życiu zawodowym. Już wtedy Romy sprawiała wrażenie rozchwianej, kruchej, niepewnej, zmęczonej życiem mimo młodego wieku. Ten obraz również przedstawiono w czerni i bieli. Dobrym pomysłem byłoby obejrzenie jednego za drugim.

Warto też wspomnieć o filmie „Romy” z 2009 roku, który chyba jeszcze nie został wyemitowany z Polsce. Jessika Schwarz również przekonująco wcieliła się w rolę Romy. Z tym, że film ten ukazuje całe życie aktorki, a „Trzy dni w Quiberon” przedstawiono tylko krótki epizod pod koniec jej życia.

Podsumowując, film jest gratką dla fanów Romy Schneider. Tak, jest smutny, ale to chyba nie jest nowością dla osób, które znają jej biografię. Dla osób postronnych być może będzie nudnym dwugodzinnym seansem. Mimo wszystko bardzo polecam!

Marie Bäumer jako Romy Schneider (2018)

Uwaga!

Jeśli będziesz 18 stycznia w Warszawie, to nie może Cię zabraknąć na Tygodniu Niemieckiego Kina! Reżyserka „3 dni w Quiberon”, Emily Atef, będzie gościem głównym uroczystego otwarcia tegorocznej warszawskiej edycji Tygodnia Filmu Niemieckiego, podczas którego obejrzymy jej najnowszy film „3 dni w Quiberon“. 
Urodzona w 1973 w Berlinie Zachodnim francusko-irańska reżyserka od dziecka zmieniała miejsce zamieszkania – Los Angeles, Francja, Londyn – by osiąść w Berlinie, gdzie w 2008 roku ukończyła Niemiecką Akademię Filmową i Telewizyjną. Nie będzie to zresztą jej pierwsza wizyta w Polsce – swój pełnometrażowy debiut (wielokrotnie nagradzany „Droga Molly“) nakręciła w Wałbrzychu i nie ukrywa, że inspiruje ją polskie kino. 


📍 Kino Muranów
📆 18.01. (piątek), godz. 20:00
🎫 bilety w kasie kina lub na stronie ➡ bit.ly/2RF9qE6

Eugenia i Elżbieta. Cesarzowe, które połączyły tragedie i uroda.

Zapewne niewielu z Was zna cesarzową Francji, Eugenię de Montijo. Była postacią niezwykłą, a jak się okazuje, nie jest nawet w ułamku tak znana, jak Sisi. Dlatego też postanowiłam poświęcić jej kilka słów – zwłaszcza że z Elżbietą łączy ją niejedno. Przedstawiam Wam Jej Cesarską Wysokość, Cesarzową Eugenię.

Czytaj dalej „Eugenia i Elżbieta. Cesarzowe, które połączyły tragedie i uroda.”

Pierwszy post na nowej domenie

Drodzy Czytelnicy,

w związku z likwidacją platformy blog.pl z bólem serca musiałam przenieść mojego bloga (http://www.kaiserin-sissi.blog.onet.pl) na WordPress.com. Z racji ogromu treści, gromadzonej na blogu przez ponad dziesięć lat, z całą pewnością wystąpią problemy techniczne. Mam na myśli głównie układ graficzny – automatycznie przeniesiony z blog.pl – oraz podlinkowanie części obrazków oraz artykułów do starego bloga, który za jakiś czas wygaśnie. W razie problemów ze znalezieniem artykułów, proszę korzystać z opcji Szukaj widocznej po prawej stronie.

Proszę zatem o wyrozumiałość.

Dziękuję i zapraszam do lektury!

Autorka bloga

Przedwojenna biografia cesarzowej

Pamiętam, jaka byłam szczęśliwa, gdy w końcu udało mi się kupić pierwszą biografię Elżbiety autorstwa Cortiego w polskim przedwojennym wydaniu. Nigdy nie zapomnę tego uczucia, gdy po raz pierwszy wzięłam ją w ręce. Kawał historii w moich dłoniach. Na okładce widać jeszcze resztki złocenia wytłoczonego tytułu. Zapach inny niż wszystkie. Pożółkłe, grube stronice, przedwojenna pisownia. Prawdziwy rarytas dla takiego retromaniaka, jak ja (tutaj przeczytacie mój artykuł o międzywojniu)..

.

.

Ogromna szkoda, że wydawca nie podał roku wydania książki, ale był to prawdopodobnie początek lub połowa lat 30. Przekład na język polski zawdzięczamy Zofii Petersowej..

.

.

Widziałam na stronach serwisów aukcyjnych, że późniejsze wydania tej książki były ilustrowane i posiadały bardziej zdobioną okładkę. Mój egzemplarz przetrwał w nadzwyczaj dobrym stanie.

.

.

To historia tym bardziej zasługująca na uwagę, że Wydawnictwo Przeworskiego zlikwidowano po wojnie (1950), a syn twórcy wydawnictwa, Marek Przeworski, został zamordowany w getcie. Wydawnictwu temu zawdzięczamy m.in. mnóstwo książek w przekładzie na język polski, w tym ówczesny bestseller „Przeminęło z wiatrem”, który ukazał się w Polsce zaledwie dwa lata po światowej premierze. Szkoda, że tak tragicznie potoczyły się jego losy… Biografia Elżbiety nie została wydana ponownie po wojnie. .

.

.

Co do samej książki…

Losy Elżbiety opisane są w sposób bardzo przyjemny i wciągający. To tak, jakby słuchać opowiadania starszej osoby. Pewne epizody zostały pominięte lub opisane dość enigmatycznie (jak np. rzekoma choroba weneryczna, którą Franciszek miał zarazić żonę). Zostały one szerzej opisane w najsłynniejszej bodaj biografii cesarzowej autorstwa B. Hamann. W wersji Cortiego Elżbieta jest idealizowana, stylizowana jest na postać legendarną. Podkreślane są zwłaszcza piękne, wzruszające chwile z jej życia. Trudno mieć to autorowi za złe, zważywszy na czas wydania jego dzieła.

Minusem polskiego wydania jest brak przetłumaczonych wierszy Elżbiety – przedstawiono je w oryginale. Wiersze prezentowane są w wersji polskiej w książce autorstwa Hamann. Niemniej jednak należy dodać, że przedwojenna biografia jest o tyle niezwykła, że jej autor miał elitarne kontakty z arystokracją, a ponadto miał dostęp do archiwalnych dokumentów, które nie przetrwały II wojny światowej. Cytowane przez niego wypowiedzi są więc nadzwyczaj cenne..

.

Trudno uznać pierwszą oficjalną biografię cesarzowej  za obiektywną. Trzeba jednak zauważyć, że przez dziesiątki lat (aż do końca lat 90.) była też jedyną na rynku polskim książką o Elżbiecie. To właśnie na niej opierał się reżyser trylogii „Sissi”, Ernst Marischka, który również przedstawił Elżbietę w sposób odbiegający od rzeczywistości..

Mimo wszystko zdecydowanie polecam lekturę tej książki wszystkim fanom Elżbiety oraz okresu międzywojnia.

Daisy Goodwin o cesarzowej Sisi

Daisy Goodwin, autorka powieści „The Fortune Hunter” (link do mojej recenzji) i twórczyni serialu „Victoria” opowiada o swoim zainteresowaniu XIX wiekiem..

 

.

Co zainspirowało Cię do napisania powieści o cesarzowej Elżbiecie?

Jestem nią zafascynowana od dzieciństwa. Pamiętam, że wtedy zobaczyłam jej portret, na którym pozuje z diamentowymi gwiazdami we włosach, ubrana w białą suknię balową. Ten obraz został ze mną na zawsze. A kiedy odkryłam więcej szczegółów o życiu tej niezwykłej kobiety, a przede wszystkim zaś o jej niezwykłej relacji z Anglikiem, Bayem Middletonem, wiedziałam, że kiedyś stanie się bohaterką mojej powieści.

Jako mała dziewczynka chciałaś zostać księżniczką?

Oczywiście! Bardzo się wtedy interesowałam tymi sprawami. Postanowiłam, że gdy dorosnę, zostanę księżniczką, chociaż osiągnięcie tego celu nie wydawało się łatwe. Gdy skończyłam 12 lat, przeszła mi ta ochota. Ale tęsknota za królewskimi akcesoriami pozostała do dziś. Niedawno przyłapałam się na chęci zakupu diamentowej gwiazdy z epoki wiktoriańskiej, podobnej do gwiazd noszonych przez Sisi. Gdy przyłożyłam ją do włosów i zobaczyłam, jak cudownie lśni, przez chwilę na serio chciałam rozstać się z kwotą, będącą równowartością mojego samochodu, ale w końcu zmusiłam się do wyjścia ze sklepu. Wszystko zaczęło się, gdy byłam mała. Podczas pobytu w szpitalu, gdzie wycięto mi migdałki, układałam puzzle przyniesione mi przez moją babcię. To był 500-elementowy zestaw. Zgadnij, kogo przedstawiał?.

Cesarzową Elżbietę?

Dokładnie! To był jej najsłynniejszy obraz, namalowany przez Winterhaltera. Moje migdałki wydobrzały zanim ułożyłam te puzzle. Sen z powiek spędzały mi gwiazdy cesarzowej. W ciągu pobytu w szpitalu udało mi się odnaleźć tylko sześć z dziewięciu gwiazd. Niestety, mimo moich protestów, rodzice spakowali puzzle z powrotem do pudełka, gdy szykowałam się do powrotu do domu. Ktoś nie zamknął dobrze pudełka (mój tata zaprzecza temu do dziś!)… i zgubiły się gdzieś puzzle z gwiazdami cesarzowej. W każdym razie jej przepiękny, bajkowy wygląd wyrył się w mojej pamięci. Zwłaszcza ten brakujący element układanki!.

Ten obraz chyba wywarł na Tobie duże wrażenie, prawda?

Zdecydowanie. Na tym obrazie Sisi pozuje podobnie jak modelka Van Dycka. Za nią widać burzowe chmury i pąsowe kwiaty. Przypominają mi języki ognia. Cesarzowa wydaje się spokojna, wręcz marzycielska, uśmiecha się do nas tajemniczo niczym Gioconda (może dlatego, że jej teściowa zwróciła jej kiedyś uwagę, że jej zęby są żółte?), ale tło obrazu wydaje się sugerować, że tłumi w sobie swoje namiętności… Gdy po raz pierwszy ujrzałam ten obraz w Hofburgu, byłam zaskoczona rozmiarem diamentowych gwiazd. Były duże jak piąstka dziecka. Sisi miała na zestaw 28 gwiazd złączonych czarną aksamitną tasiemką. Widać ją zresztą na obrazie, wydaje się nie pasować do tiulowej sukni. Wygląda raczej jak… lejce. Dlaczego Winterhalter ją tam umieścił? Być może chciał podkreślić, że cesarzowa – choć olśniewająco piękna – jest tylko… marionetką. Pociągnij za tasiemkę, a odwróci głowę. Dzisiaj ten obraz zdobi niemal każdą pamiątkę z Wiednia..

Uważasz, że Sisi była przewrażliwiona na punkcie swojej urody?

Myślę, że można tak powiedzieć. Panicznie bała się oznak starości. W pewnym momencie przestała pozować do zdjęć i portretów, a twarz skrywała za wachlarzem. Ukrywała się niczym współczesne celebrytki, uciekające przed paparazzi. Ten temat poruszam także w mojej powieści. Podziwiam długie włosy cesarzowej i jestem pod wrażeniem jej upiększających rytuałów. Wypróbowałam nawet kilka z nich! (tutaj przeczytacie więcej na ten temat)..

W swojej powieści pisałaś też o królowej Wiktorii.

Tak, Wiktoria odgrywa tu dość ważną rolę. Tak bardzo spodobało mi się pisanie o tej postaci, że stała się bohaterką mojej kolejnej powieści! Kiedy napisałam „The Fortune Hunter”, wiedziałam, że muszę wrócić do królowej Wiktorii. I tak też się stało. Była szalenie ciekawą osobowością!.

Opisałabyś siebie jako romantyczkę?

Zdecydowanie. Chociaż moje powieści są osadzone w przeszłości, to wpajam moim bohaterom wszystko, co wiem o życiu i miłości z własnego doświadczenia. Pisanie książki to trochę jak zakochiwanie się – pochłania cię całkiem, z jedyną różnicą, że po napisaniu książki ogarnia cię błogie uczucie ulgi..

Czy po kryjomu pragniesz powrotu do staroświeckich manier, zwyczajów i dworskiej miłości?

Bardzo dobre pytanie. Gdy opisuję rzeczywistość wyższych klas, myślę sobie, że dobrze byłoby mieć kamerdynera, czy przetańczyć całą noc walca, mając na sobie diamentową tiarę i długie rękawiczki. Dla bogatych wyższych sfer takie życie było miłe i przyjemne, kojarzyło się z elegancją. Ale nie mam wątpliwości, że obecne czasy są najbardziej sprzyjające dla kobiet niż jakakolwiek inna epoka historyczna. Kiedyś spędziłam cały dzień w wiktoriańskim gorsecie, aby móc lepiej wczuć się w bohaterki mojej książki, było to niesamowicie wyczerpujące!.

.

Źródło: Dodatek specjalny oryginalnej wersji językowej powieści „The Fortune Hunter”.

Więcej o Daisy Goodwin znajdziecie także tutaj.

Ciekawostki o garderobie cesarzowej

Elżbieta była świadoma swojej niezwykłej urody, ale zdawała sobie też sprawę, że dzięki odpowiedniemu doborowi garderoby będzie w stanie jeszcze bardziej podkreślić swe wdzięki. Wiedziała, jaki krój i materiał może wprawić innych w zachwyt.

Pracowały dla niej wyłącznie najlepsze domy mody Wiednia. Nawet codzienne suknie Elżbiety były niemal dziełami sztuki, nad którymi pieczołowicie całymi tygodniami pracowały sztaby krawcowych. Jednak na najważniejsze okazje Sisi wybiera czołowego kreatora mody tamtych czasów, samego mistrza Charlesa Wortha, urzędującego przy paryskiej Rue de la Paix...

Ubierały się u niego także inne europejskie monarchinie oraz amerykańskie milionerki. Maestro potrafił nawet odmówić przyjęcia zlecenia, jeśli uznał, że dama nie ubiera się zbyt wykwintnie. Jednak to, że paryski projektant pracował dla cesarzowej Austrii pozostało do jej śmierci tajemnicą, ponieważ nie byłoby to dobrze widziane w austriackiej stolicy – mogłoby być uznane niemal za zdradę. Oczywiście Sisi nie musiała przyjeżdżać do Paryża, aby zlecić wykonanie sukni – to do Wiednia przyjeżdżali pracownicy Wortha, aby zdjąć miarę i dokonać wszelkich niezbędnych poprawek. Dziełem Wortha jest m.in. słynna tiulowa suknia zdobiona złotymi gwiazdami – uwieczniona na portrecie Winterhaltera – oraz suknia koronacyjna z 1867 roku, mająca średnicę niemal trzech metrów, zdobiona czarnym aksamitem, brukselską koronką i naturalnymi perłami.

.

.

.

.

.

.

Elżbieta z pewnością nie była klientką, którą łatwo było zadowolić. Każda suknia musiała leżeć idealnie, a na dodatek perfekcyjnie podkreślać atuty sylwetki cesarzowej. Gdy szyto dla niej suknię-amazonkę, Elżbieta siedziała na drewnianym koniu, mając na sobie suknię, i oceniała jej krój, przypatrując się swojej sylwetce w lustrze. Wszelkich poprawek dokonywano właśnie w takiej scenerii. Cesarskie krawcowe nie miały więc łatwo..

Garderoba cesarzowej przedstawia rozwój mody na przestrzeni XIX wieku. Kiedy młodziutka księżniczka bawarska przybywa na dwór wiedeński panuje moda na krynolinę. Zanim jednak zacznie się szaleństwo „stalowych klatek”, dających sukni odpowiedni kształt i średnicę do nawet trzech metrów, pod suknię zakładano wiele warstw sztywnych, wykrochmalonych halek. W okresie rozkwitu urody cesarzowej, a więc między jej 25 a 35 rokiem życia panuje moda na „drugie rokoko”. To właśnie w tym okresie powstaje najwięcej portretów Elżbiety.

Wkrótce potem damy zaczynają nosić turniurę – modną staje się szczupła, smukła sylwetka, podkreśla się biust i biodra, zaś tył sukni udrapowany jest dużą ilością materiału w formie trenu. Z czasem niewygodny „ogon” sukni się skraca, a ubranie staje się bardziej przylegające.

.

Turniura

.

Na przestrzeni lat zmieniają się także kolory sukien. Królowa Wiktoria zapoczątkowała wprawdzie modę na białe suknie ślubne, jednak w połowie XIX wieku wciąż nie był to jeszcze rozpowszechniony zwyczaj. Królewskie i cesarskie panny młode zakładały raczej suknie zdobione złotymi i srebrnymi ornamentami. Suknia ślubna Elżbiety wykonana była z mory i zdobiona srebrnymi haftami o motywach kwiatowych. Do dziś zachował się jednak tylko tren sukni. Po cesarskim ślubie została ona bowiem przekazana bazylice Maria Taferl w Dolnej Austrii. Srebrny haft przeniesiono na ornat kapłański. Zachowała się także biżuteria ślubna Elżbiety – filigranowy wieniec o motywach kwiatowych wykonany ze złota, wsuwki do włosów oraz brosza. Bukiet ślubny Elżbiety stanowiły białe róże. Więcej o sukni ślubnej Elżbiety przeczytacie tutaj.

.

 .

W młodości Sisi suknie farbowano naturalnymi barwnikami roślinnymi, stąd też ich kolory były przeważnie jasne i mało intensywne. Noszono wówczas beż, biel i barwy pastelowe. W 1854 roku, a więc w roku ślubu Elżbiety, zaczęto stosować barwniki anilinowe – smołowe. Wybór barw stał się szerszy – można już było założyć suknie w głębokiej czerwieni, błękicie i fiolecie. Także ulubiony kolor Elżbiety – fiołkowy – jest teraz możliwy do uzyskania. Elżbieta przepada za sukniami w bieli, czerni i fiolecie. Nosi chętnie suknie tiulowe i muślinowe, z czasem jednak preferuje cięższe materiały, takie jak brokat (srebrny lub złoty).

.

.

.

.

Jedna z niewielu jasnych sukien, jakie Elżbieta nosiła po śmierci syna, Rudolfa

.

.

Oczywiście nie bez znaczenia była też szczupła talia. A nikt nie miał mniejszej talii niż sama cesarzowa – niecałe 50 cm w obwodzie. Jednak to nie wystarczyło ambitnej monarchini. To właśnie Sisi przypisuje się wynalezienie tzw. „wiedeńskiej talii”, do uzyskania której konieczny był specjalny rodzaj gorsetu, który sznurowano… od boku. Gdy nakładano klasyczny gorset, sylwetka wydawała się szczuplejsza, gdy patrzyło się na nią z boku, a nie na wprost. W tym przypadku – odwrotnie. Talia Elżbiety wydawała się więc jeszcze szczuplejsza niż w rzeczywistości. Gorsety cesarzowej wykonane były z jedwabiu i mory i sprowadzane prosto z Paryża. Elżbieta nosiła je zaledwie przez kilka tygodni, po czym zamawiano kolejne..

Warto też wspomnieć, że akcesoria cesarzowej wykonane były z drogich materiałów – jedwabiu, koronek, macicy perłowej, kości słoniowej (parasolki, wachlarze), cienkiej skóry (rękawiczki), a także futra gronostaja (mufki i zimowe wdzianka)..

.

.

Cesarzowa nie była z pewnością uzależniona od mody, ale niewątpliwie inwestowała wiele czasu i energii, aby udoskonalić swój wizerunek. W końcu gra toczyła się o najwyższą stawkę – o reputację Pierwszej Damy Cesarstwa…

.

Na podstawie:

Kronen Zeitung Geschichte – Sisi (2016, str. 42-46)

Legendarna suknia cesarzowej

Zjawiskowa tiulowa suknia, włosy upięte w koronę z warkoczy, przyozdobione biżuteryjnymi gwiazdami. O kim mowa? Pierwszą panią, która ukazała się w tej kreacji nie była cesarzowa Elżbieta, lecz… wpływowa paryska kurtyzana, hrabina Virginia de Castiglione. To ona – jako pierwsza – wkłada na siebie tiulowe dzieło Charlesa Wortha. Dopiero dwa lata później najsłynniejszy projektant Belle Epoque sporządzi podobny model dla Jej Wysokości. Virginia była także prekursorką mody na upinanie warkoczy w koron i przyozdabianie ich gwiazdami….

.

Paryska kurtyzana, hrabina Virginia de Castiglione

 

Powyższe zdjęcia powstały jeszcze przed namalowaniem słynnego portretu cesarzowej przez Winterhaltera. Jak wiele ówczesnych kobiet, także i Sisi była zafascynowana życiem kobiet z paryskiego półświatka. W swoim „albumie piękności” zgromadziła mnóstwo zdjęć aktorek, tancerek i dam lekkich obyczajów. Wśród nich była także i Virginia, która przykuła jej szczególną uwagę. Była jej rówieśniczką, a na dodatek – przynajmniej w połowie lat 60. – przewyższała cesarzową o gust w dziedzinie mody. Tutaj znajdziecie więcej zdjęć pięknej kurtyzany.

.

.

Elżbieta mocno zainspirowała się stylem Virginii – można wręcz powiedzieć, że go skopiowała i nieco uszlachetniła, tak aby był godny Jej Cesarskiej Mości. Nie kreowała się też na femme fatale ani uwodzicielską diwę, lecz raczej na eteryczną postać z bajki. Jej włosy zdobiły bowiem diamentowe gwiazdy wykonane na jej specjalne zamówienie u dworskiego jubilera. Ozdoba ta zrobiła prawdziwą furorę na europejskich dworach – odtąd każda monarchini pragnęła wyglądać jak cesarzowa Austrii. A jednak tylko Elżbieta posiadała wystarczająco długie i gęste włosy, aby prezentować się w nich nienagannie (więcej na ten temat znajdziecie w tym artykule). To właśnie ten wizerunek mamy przed oczyma, gdy o niej myślimy…

.

Na marginesie warto wspomnieć, że hrabina wywarła niemały wpływ na losy XIX-wiecznej Europy, o czym przeczytacie tutaj. Ciekawe, czy była zazdrosna o przywłaszczenie sobie jej stylu przez samą cesarzową Austrii…

.

 

Na podstawie: Kronen Zeitung Geschichte – Sisi (str. 52-53, 2016)

.

***

.

PS. Mój blog właśnie kończy okrągłe 10 lat !!! Jednego jestem pewna – w 2007 roku nie sądziłam, że zdobędę tylu Czytelników. Byłam przygotowana na raczej krótką przygodę z blogowaniem, chciałam, żeby to było bardziej kompendium wiedzy o Elżbiecie, a nie blog. Z czasem to się zmieniło. Ewoluowała szata graficzna, przybywało nowych zdjęć, kategorii, pomysłów na artykuły, książkowych biografii cesarzowej, a także życzliwych Czytelników, wysyłających mi ciekawe zdjęcia i informacje. Jednym z najbardziej wyrazistych momentów był także zakup przedwojennej biografii cesarzowej, na którą „polowałam” przez kilka dobrych lat…

Pamiętam, że dokładnie 10 lat temu w lipcu wyemitowano trylogię „Sissi” z Romy Schneider. O ile jeszcze kilka lat wcześniej zadowoliłam się podstawowymi informacjami o cesarzowej, o tyle latem 2007 roku dosłownie przeczesywałam wszelkie dostępne mi źródła, aby dowiedzieć się o tej niezwykłej postaci jak najwięcej. Z czasem zgromadziłam na tyle dużo ciekawych informacji, że postanowiłam się nimi z Wami podzielić. Dzięki filmom z Romy Schneider, do których mam do dziś ogromny sentyment, oraz dogłębnemu poszukiwaniu informacji o cesarzowej doszkoliłam języki obce, co umożliwiło mi spełnienie marzenia – dziś pracuję w zawodzie tłumacza języka niemieckiego i angielskiego. Brzmi jak cukierkowa historia rodem z Hollywood, ale jest najprawdziwsza w świecie.

Pragnę serdecznie podziękować Wam, drodzy Czytelnicy, za wszystkie komentarze, maile i miłe słowa. To już ponad 1,5 miliona odwiedzin i ponad 800 komentarzy! Bez Was już dawno zabrakłoby mi motywacji do prowadzenia bloga. Naprawdę wiele Wam zawdzięczam. Dziękuję!!!

.

.