„Diana Jej Historia” – recenzja

Zanim przejdę do recenzji…

Ktoś może zapytać – po co poruszać wątek księżnej Diany na blogu poświęconym cesarzowej Elżbiecie? Wiele lat temu napisałam artykuł o podobieństwach między Dianą i Sisi. Były to moje własne przemyślenia połączone z tłumaczeniem części artykułu, który po śmierci Diany ukazał się w niemieckim magazynie „Der Spiegel”. Wpis znalazł się w rubryce Polecane Onet.pl i szybko przyciągnął rzesze Czytelników. To chyba najbardziej kontrowersyjny artykuł, jaki kiedykolwiek dodałam. Wiele osób twierdziło, że takie porównanie mija się z celem. Nigdy nie twierdziłam, że ich życiorysy były identyczne. Tak, powiedzenie, że „Sisi była Dianą XIX wieku” jest dużym uproszczeniem. Niemniej jednak istnieją między tymi postaciami uderzające podobieństwa. I różnice, oczywiście. Odsyłam do mojego archiwalnego wpisu – a tymczasem prezentuję krótką wypowiedź Diany pochodzącą z recenzowanej książki:

W ciągu ostatnich lat wiele się nauczyłam. Od tej pory zamierzam być sobą i wierna sobie. Nie chcę żyć według czyjegoś wyobrażenia o tym, jaka powinnam być, kim powinnam być. Będę sobą.

Wydaje się, że powyższe słowa można by z powodzeniem zastosować w odniesieniu do cesarzowej Sisi, która po urodzeniu Rudolfa zaczęła przeforsowywać swoją wizję roli cesarzowej. Bezsprzecznie była wyjątkową cesarzową. Absolutnie jedyną w swoim rodzaju. Współcześni za nią nie przepadali, ale kolejne pokolenia do dziś zachwycają się jej nonkonformizmem. Wyprzedzała swoje czasy. Była inna. Diana również.

Premiera kolejnego sezonu „The Crown” to chyba wystarczająco dobry powód, by znów napisać o Dianie, czyż nie?

***

Autor: Andrew Morton

Tłumaczka: Emilia Skowrońska

***

Przed laty wypożyczyłam z biblioteki pierwsze polskie wydanie tej książki. Zdziwiłam się, że znowu została wydana. Okazuje się, że jest to wydanie rozszerzone – z okazji 25-lecia pierwszej publikacji w oryginale. „Diana Jej Historia” została podzielona na trzy części. Najpierw przeczytamy autentyczne wypowiedzi Diany, które były po kryjomu nagrywane jako odpowiedzi na pytania w formie wywiadu. Druga część to biografia na podstawie tychże wypowiedzi wzbogacona o wydarzenia, o których Diana nie mówi wprost. W ostatniej części znajdziemy opis następstw wydania książki w 1992 roku aż do dzisiaj.

W tym miejscu jestem zmuszona skrytykować autora za bardzo powierzchowny opis wydarzeń w Paryżu w 1997 roku. Przeczytamy tutaj niemal hymn pochwalny na cześć oficjalnej wersji wydarzeń. Próżno szukać odpowiedzi czy choćby próby odpowiedzi na wiele niewygodnych kwestii, które wskazują jasno na niepokojące nieprawidłowości w prowadzeniu śledztwa. Wszelkie kontrargumenty autor zbywa krótko określając je „teoriami spiskowymi”. Tak z całą pewnością nie wygląda rzetelność dziennikarska. Zainteresowanych tematem odsyłam do licznych filmów dokumentalnych odnoszących się do tamtych wydarzeń.

Na plus zasługują jednak liczne ciekawostki o życiu Diany, o których milczą inne źródła. Jak choćby to, że o jej względy zabiegał niegdyś sam… Donald Trump! Muszę także pochwalić szatę graficzną polskiego wydania. W książce i na okładce zobaczymy mało znane fotografie księżnej. Środek skrzydełek na okładce niewątpliwie nawiązuje do flagi Wielkiej Brytanii. Uważam, że to trafny wybór.

W pierwszej części książki czytamy zapis własnych słów Diany. Wiele z tych cytatów jest bardzo znanych. Jednak zawsze uderza mnie to, w jaki sposób Diana widziała swoją przyszłość już w latach 80. i 90. Jej wielokrotnie trafne przewidywanie wydarzeń, o czym więcej dowiemy się na kartach ksiązki, wynikało prawdopodobnie z jej fenomenalnej intuicji. Ten cytat wręcz idealnie nadaje się do kolejnego sezonu „The Crown”.

Zawsze czułam się inna niż pozostali, bardziej samotna. Wiedziałam, że zmierzam w innym kierunku, nie miałam jednak pojęcia w jakim. […] Od pierwszego dnia wiedziałam, że nigdy nie zostanę królową. Nikt mi tego nie powiedział – po prostu to wiedziałam.

Sama książka bezsprzecznie zmieniła bieg historii. Spowodowała ogromny odzew społeczeństwa, które nie przypuszczało nawet o dramacie rozgrywającym się za drzwiami pałacu. I drastycznie przysporzyła Dianie zwolenników. Dotychczas prasa rozpisywała się o garderobie i fryzurach Diany. Teraz zaczęto dostrzegać jej problemy w małżeństwie, bulimię, próby samobójcze i samookaleczanie. To były wówczas tematy tabu.

Gdyby Diana żyła pełnią życia, prawdopodobnie w którymś momencie spisałaby swoje wspomnienia. Niestety nie jest to już możliwe. Poniższe świadectwo jest historią jej życia, taką, jaką chciała opowiedzieć. Te słowa są teraz wszystkim, co nam po niej zostało, jej testamentem, czymś najbliższym autobiografii. Nikt nie może jej tego odmówić.

Jak twierdzi sam autor, jest to książka „najbliższa autobiografii księżnej, jaka kiedykolwiek powstanie”. Jest jedyna w swoim rodzaju – powstawała w ukryciu, w zupełnej konspiracji. Diana nagrywała odpowiedzi na pytania w formie wywiadu, a następnie taśmy były przewożone do autora. A zatem w powstanie biografii była aktywnie zaangażowana sama Diana oraz jej przyjaciele, pośredniczący w całym przedsięwzięciu. W tamtym czasie czuła potrzebę opowiedzenia swojej historii. Ostatecznie wydanie książki doprowadziło do ogłoszenia separacji z księciem Karolem. Wywiad udzielony Panoramie natomiast był kroplą, która przepełniła czarę dla rodziny królewskiej – doprowadził do rozwodu. Jak na ironię – sama Diana wielokrotnie mówiła, że zawsze marzyła o szczęśliwym małżeństwie i gromadce dzieci, że za nic w świecie nie chce powtórki z jej własnego dzieciństwa, w którym rozwód rodziców odcisnął piętno na dzieciach. A jednak sama się do niego w znacznej mierze przyczyniła…

Czy jest to zatem rzetelna biografia? Z całą pewnością nie. Jak wskazuje sam tytuł – to „jej historia”, „opowiedziana jej słowami”, a zatem dowiadujemy się tylko ułamka prawdy. Diana milczy o swoich romansach i innych mniej korzystnych kwestiach. Autor również pomija milczeniem wiele wydarzeń z jej życia. Trzeba być tego świadomym. Jednak nie zmienia to faktu, że to pozycja obowiązkowa dla wszystkich zainteresowanych losami Diany i rodziny królewskiej. Chociażby ze względu na fakt, jak bardzo wpłynęła na dalsze losy ich członków.

Choć Diana została niemal świecką boginią wyniesioną na ołtarze w chwili tragicznej śmierci, z całą pewnością nie była jednowymiarową postacią. Miała niesamowity urok osobisty i wiele trudnych doświadczeń za sobą. Jednak, jak każdy człowiek, miała też wady. Nie każde jej zachowanie było godne pochwały. Nie zmienia to faktu, że była kimś więcej niż tylko arystokratką. Dwadzieścia pięć lat po jej śmierci pamięć o niej nadal pozostaje żywa. Jest swoistym fenomenem. I pewnie tak już zostanie.

Składała się ze sprzeczności: była nieustraszona, ale krucha, niekochana, ale uwielbiana, dostała niewiele, ale była wspaniałomyślna, miała obsesję na własnym punkcie, ale była bezinteresowna, inspirująca, ale zrozpaczona, potrzebowała rady, ale nie lubiła, kiedy ją krytykowano, była szczera, ale i nieszczera, kierowała się intuicją, ale była oderwana od rzeczywistości, była niezwykle obyta w świecie, ale wciąż niepewna, manipulowała innymi, ale była naiwna. […] Była nieskończenie fascynująca i na zawsze pozostanie tajemnicza.

***

Za egzemplarz recenzyjny dziękuję Wydawnictwu Marginesy!

***

PS. I na tym kończy się jesienny maraton recenzyjny. Uff! Teraz Wasza kolej – zapraszam do dzielenia się Waszymi wrażeniami w komentarzach! 🙂

„Romy i droga do Paryża” – recenzja

Autorka: Michelle Marly

Tłumaczka: Urszula Pawlik

***

Pamiętam, że gdy po raz pierwszy zobaczyłam oryginalne wydanie tej książki w nieco przesłodzonej okładce od razu pomyślałam, że to zapewne kolejna cukierkowo-feministyczna biografia Romy. Jednak bardzo się pomyliłam – jestem wprost oczarowana! To elektryzująca, niesamowicie wciągająca powieść – historia losów młodej aktorki wyniesionej na piedestał w swojej ojczyźnie, poszukującej wolności, miłości i nowych wyzwań zawodowych. A to wszystko w Paryżu, stolicy zakochanych.

Zacznę od olśniewającej szaty graficznej – okładka przedstawia jedno z najbardziej znanych zdjęć Romy – w połyskującej, miedzianej oprawie. Za głową Romy znajduje się… opadająca aureola lub słońce – trudno zgadnąć. Właściwie każda interpretacja jest dobra, bo Romy straciła aureolę niewinności, wdając się w romans z Alainem Delonem. Jej gwiazda właśnie zachodziła w Niemczech, a dopiero powoli wschodziła we Francji. Do książki dołączono uroczą zakładkę, przedstawiającą trzy czarno-białe zdjęcia Romy i Alaina.

Zgodnie z cytatem zamieszczonym na początku książki, całość została podzielona na trzy części: Alain Delon, Visconti, Coco Chanel – jako że te trzy osoby zmieniły życie Romy. „Romy i droga do Paryża” to fascynująca powieść biograficzna napisana żywym, lekkim językiem. Czyta się jednym tchem.

Jestem pod ogromnym wrażeniem zgodności ze źródłami – czytając powieść od razu słyszałam w głowie autentyczne wypowiedzi Romy, które wypowiadała w wywiadach, pisała w swoim pamiętniku lub wydarzenia opisane w jej licznych biografiach. Ogromny ukłon w stronę Autorki za tak dogłębne zbadanie tematu! Nawet drobne epizody czy pojedyncze cytaty znalazły swoje miejsce w książce. Tak właśnie powinny wyglądać powieści biograficzne – solidnie osadzone na istniejących źródłach, ale jednocześnie wciągające. A przede wszystkim – w dobrym guście. Na wielki plus zasługuje również fakt, że Autorka nie opisywała erotycznych przeżyć, a jedynie dyskretnie komentowała więź łączącą ją z Delonem. Przeczytamy natomiast o pierwszym pocałunku Romy i Alaina na planie filmowym „Christine” (1958).

„Romy wiedziała, że kamera rejestruje jedynie jej twarz. […] wyraz jego błyszczących oczu mogła dostrzec jedynie ona. Nikt inny go nie zobaczy. Ani ekipa filmowa, ani widzowie w kinie. To, co widziała, należało wyłącznie do niej […] Tym razem jego usta dotknęły jej lekko rozchylonych warg. Alain ją całował. Delikatnie i z rezerwą. To był ich pierwszy pocałunek. W tym filmie. I w życiu Christine. Ale nie w jej. Mimo to Romy odniosła wrażenie, jakby całowała się pierwszy raz. Faktycznie był to pierwszy pocałunek w ich życiu. Romy pragnęła, żeby trwał wiecznie”.

W drugiej części powieści czytamy o zmaganiach Romy z przygotowaniem się do sztuki teatralnej Viscontiego „Szkoda, że ona jest nierządnicą”, w której zagrała po francusku u boku Delona. Należy wspomnieć, że Romy przez całe życie bardzo ceniła sobie współpracę z Viscontim, z którym zresztą połączyła ją dozgonna przyjaźń. Natomiast w trzeciej, najkrótszej części, czytamy o znajomości z Coco Chanel, która przygotowała kostiumy Romy do filmu „Boccaccio’70” w reżyserii Viscontiego. Nadmienię, że autorka poświęciła postaci Chanel odrębną powieść, po którą być może kiedyś sięgnę.

„Sisi, Sisi!” – krzyczą wiwatujące tłumy. Austriacko-niemiecki film o cesarzowej zrobił w świecie furorę, a szesnastoletnia Romy odbywała promocyjne tournée po Europie. Poznać ją chcieli także hollywoodzcy producenci. Cały świat stał otworem przed piękną, zdolną, absolutnie czarującą młodą aktorką. Nie spodziewała się, że cesarzowa tak mocno naznaczy jej życie, powoli jednak zamykając ją w złotej klatce, ograniczając możliwości rozwoju kariery.

Vogue.pl

W powieści znajdziemy także opis skomplikowanej relacji z matką i ojczymem oraz wiele wspomnień Romy z jej poprzednich filmów. Postać Sissi oczywiście przewija się przez niemal całą powieść, bo Romy postanowiła raz na zawsze odciąć się od tej roli. To zresztą stało się powodem mojego zainteresowania Romy. Chciałam zrozumieć, co doprowadziło ją do odrzucenia tak lukratywnej i uwielbianej przez wszystkich roli. W tej powieści znajdujemy odpowiedź. Romy chciała wyrwać się spod kurateli matki i ojczyma, chciała zaznać życia zwyczajnej młodej kobiety, kochać i być kochaną. Znajdziemy również wspomnienia dotyczące mało znanego w Polsce filmu „Monpti”. To jeden z moich ulubionych – uważam, że zresztą dużo ciekawszy niż ckliwa „Christine”. Rok przed poznaniem Alaina, Romy kręciła w Paryżu nostalgiczny film z Horstem Buchholzem, w którym się zakochała. Ze wzajemnością. Ten film stanowił swoiste przejście z roli słodkiej Sissi do dojrzalszej kobiety spragnionej prawdziwego uczucia. Jednak na przeszkodzie miłości Romy i Horsta stanął zdecydowany opór matki, Magdy Schneider, która uważała ten związek za nieodpowiedni. Rok po tym wydarzeniu Romy nie dała za wygraną – postawiła na swoim. Chciała być z Alainem za wszelką cenę. Nawet za cenę wykluczenia z rodziny i niemieckojęzycznego rynku filmowego.

Love from Paris (1957) | MUBI

„Stała się dojrzałą kobietą, która odważyła się kochać mężczyznę niezaaprobowanego przez jej rodziców. Nie była już słodką Sisi, lecz młodą kobietą, która chciała być traktowana poważnie. Od dawna jej celem było stać się prawdziwą aktorką, a nie grać przez całe życie rolę wiedeńskich dziewczątek […] Wyrwała się z kokonu rodziny, z bezpiecznej, zorganizowanej codzienności. Nagle musiała zachowywać się jak osoba dorosła”.

Jak można się spodziewać, Autorka obszernie opisuje burzliwy romans Romy i Alaina, jednak jedynie wspomina o chronicznej niewierności Delona, który naciskał na otwarty związek, nigdy nie proponując Romy małżeństwa. Trochę szkoda, że autorka nieco szerzej nie opisała notorycznych awantur, jakie podobno miały miejsce z tego powodu. Natomiast pisze, że mimo pozornego zaakceptowana tej sytuacji i odrzucenia „drobnomieszczańskich zwyczajów”, Romy w głębi duszy bardzo chciała wyjść za niego za mąż i założyć rodzinę. Tak została wychowana – tylko dla ukochanego nagięła zasady. Dalszą część tej historii chyba wszyscy znamy. Jeśli nie, to w Posłowiu przeczytamy o dalszych losach Romy.

Moja ocena: 9/10

Nie ukrywam, że bardzo chciałabym przeczytać kolejną powieść o losach Romy Schneider! Zainteresowanych tematem odsyłam również do świetnej biografii „Romy i Alain. Szalona miłość” autorstwa Güntera Krenna oraz filmu „Romy” (2009) z Jessicą Schwarz, o których swego czasu pisałam na blogu.

Za otrzymany egzemplarz recenzyjny serdecznie dziękuję Wydawnictwu Marginesy!

„Cesarzowa SISI” – recenzja

Autorka: Gigi Griffis

Tłumaczka: Monika Graczyk

*

Na dzikich falach Morza Północnego

Ukochany

Leżysz rozpostarty

Pochłaniam cię po kawałeczku

Pokrytego solą i pianą*

Elżbieta Bawarska

***

Równocześnie z serialem Netflixa pojawiła się powieść o tym samym tytule. Zdziwiłam się, że jest to książka inspirowana serialem. Przeważnie jest na odwrót. Mamy więc – poniekąd – serial w formie książki z dodatkowymi scenami, których nie pokazano na Netflixie. Czy to dobry pomysł? Trudno mi udzielić jednoznacznej odpowiedzi, ale o tym za chwilę.

Zacznę może od tego, że zdecydowanie nie podoba mi się okładka książki – jednak – dokładnie to samo zdjęcie zdobi tę samą książkę w innych wydaniach językowych oraz jest wizytówką serialu. Jak już wspomniałam w recenzji serialu – aktorka grająca Sisi wygląda dużo korzystniej w filmie niż na zdjęciach. Fotografia na okładce sugeruje, jakoby bohaterka była skrajnie zbuntowana i pewna siebie, co nie do końca znajduje odzwierciedlenie w treści książki.

Cesarzowa Sisi - Gigi Griffis | Książka w Lubimyczytac.pl - Opinie, oceny,  ceny

Bardzo ciekawym zabiegiem było przedstawienie tego samego wydarzenia z perspektywy zarówno Elżbiety, jak i Franciszka, a także Heleny. Ogromny plus dla autorki za takie przedstawienie akcji.

Poszukał wzrokiem jej spojrzenia. Serce jej zamarło w oczekiwaniu, kiedy podniósł dłoń i przesunął ją – lekko, cudownie, aż do bólu delikatnie – po jej policzku. Bezwiednie zamknęła oczy, stopniała pod dotknięciem. Wszystko było tak, jak obiecywała poezja – ogień i lód, pieśń i łzy. Dzika radość i czuły ból serca. […] Świat, w którym żyje [cesarz], jest koszmarem. Pocałunek był snem. Franciszek nagle pojął, że nie może mieć jednego i drugiego.

W całej powieści, niemal w każdym rozdziale, pobrzmiewają mniej lub bardziej wyraźnie wątki erotyczne. Do pewnego stopnia miałoby to swój urok – zwłaszcza opis budzącej się zmysłowości u młodziutkiej księżniczki i subtelność kradzionych czułości pilnowanej pary narzeczonych. I rzeczywiście, niektóre sceny są opisane ze smakiem. Jednak już na przykład scena, w której Sisi onanizuje się w lesie z tęsknoty za Franciszkiem była już przesadą – wydaje mi się, że autorka „zainspirowała” się produkcją RTL, w której jest podobna scena. Sama noc poślubna w książce ma miejsce… w noc tuż przed ślubem. Oczywiście w żaden sposób jest to nie do pogodzenia z prawdą historyczną. Zauważamy też pewną niekonsekwencję – skoro Sisi nie mogła swobodnie zrobić nawet kroku, nie będąc pod obstrzałem dam dworu, to tym bardziej w jaki sposób mogła znaleźć się na zakrapianej alkoholem imprezie czy sypialni cesarza tuż przed ślubem? Oczywiście to nie jedyne „netflixowe absurdy”, ale o nich pisałam już w recenzji serialu. Uważam, że w serialu to podejście do zmysłowości zostało mimo wszystko lepiej potraktowane niż w książce. Co za dużo, to niezdrowo. Sądzę, że właśnie niedopowiedzenia znacznie podniosłyby wartość powieści. Czy na tym ma polegać cytowane na okładce „frapujące feministyczne spojrzenie”? Chociaż przyznam na obronę serialu i powieści, że przynajmniej miłość pary cesarskiej opiera się tutaj na romantycznym uczuciu – w przeciwieństwie do tego, w jaki sposób historię tę przedstawiła stacja RTL.   

Za szkłem karety lśniły figlarne oczy, pomalowane na czerwono usta**, włosy ułożone wokół srebrnej korony. Zobaczywszy Franciszka, wyciągnęła rękę i dotknęła szyby. Franciszek dotknął jej w tym samym miejscu z drugiej strony i trzymał tak dłoń, póki kareta nie ruszyła przed siebie. Zobaczył ją znów, gdy zaczęła się ceremonia i zaparło mu dech. Misternie zdobiona perłami suknia opinała krągłe piersi i niebezpiecznie zsuwała się z ramion. Kwiaty z pereł okrywały szyję i spływały po plecach. Dół sukni lśnił i migotał jak gwiazdy, kiedy szła ku niemu. Serce Franciszka biło nierówno z podniecenia. Oto ona. Druga połowa jego samego. Ta, której nawet nie szukał. Dzika i piękna, i należąca do niego.

Die Kaiserin" bei Netflix: Bitte romantisch glotzen! - DER SPIEGEL

Co ciekawe, dużo pozytywniej odebrałam serial aniżeli książkę. Oczywiście w serialu widzimy aktorów, ich zachowanie niewerbalne. Wydaje mi się, że warstwa wizualna (mimo że też dość kontrowersyjna) zadziałała na plus. Być może to także kwestia stylu językowego powieści – dla mnie osobiście trąci nieco nastoletnią egzaltacją i naiwnością. Kilkanaście lat temu może byłabym nim zachwycona, ale obecnie wydaje mi się trochę zbyt pompatyczny. W moim wydaniu pojawiło się też sporo literówek i innego rodzaju usterek językowych – mam nadzieję, że książka przejdzie jeszcze niezbędną korektę. W trakcie czytania miałam często wrażenie, że powieść została napisana przez nastolatkę jako fan fiction. Tymczasem autorka dawno przekroczyła już wiek nastoletni. Przy okazji – zdziwiłam się, że choć serial był w dużej mierze kręcony w Niemczech, to powieść napisała amerykańska pisarka. Niemniej jednak muszę przyznać z ręką na sercu, że mimo tego, że dość często na moich ustach gościł uśmiech lekkiej pobłażliwości, to książkę czyta się szybko i przyjemnie. Mogę chyba śmiało powiedzieć, że należy u mnie do kategorii guilty pleasure. Chociaż muszę też przyznać, że jestem nieco zawiedziona. Liczyłam na więcej. Książka do przeczytania na raz – i do odstawienia na półkę. Przynajmniej na dłuższy czas.

Moja ocena: 6/10

Za egzemplarz recenzyjny dziękuję Wydawnictwu Świat Książki!

Jeśli spodobał Wam się serial, to duża szansa, że powieść również przypadnie Wam do gustu. Jeśli nie, to powieść raczej nie zachwyci. Zaznaczę tylko, że książka obejmuje nieco krótszy czas akcji, tj. do chwili ślubu Elżbiety i Franciszka. Ponad połowę objętości stanowią wydarzenia przed spotkaniem w Bad Ischl i same zaręczyny. Wątek dam dworu i Leontine właściwie w ogóle nie istnieje, Maksymilian także pojawia się rzadziej niż w serialu. Znajdziemy także dużo mniej polityki. Trochę szkoda. Chociaż rozumiem, że gdyby chcieć pomieścić te wszystkie wątki, należałoby nieco inaczej poprowadzić akcję. Tutaj uwaga Czytelnika skupia się niemal wyłącznie na wątku miłosnym Elżbiety i Franciszka.

Jeśli szukacie innych powieści o cesarzowej, to bardzo polecam „Łowcę posagów” Daisy Goodwin oraz serię Allison Pataki. Zachęcam do lektury moich recenzji w zakładce KSIĄŻKI.

*Nie znałam tego cytatu. Miło, że autorka zacytowała cesarzową!

**Nie ma takiej opcji! W tamtym okresie makijaż (zwłaszcza ostentacyjny) stosowały głównie aktorki i prostytutki.

PS. Zakładka pochodzi z wakacyjnej wystawy obrazów Tamary Łempickiej w Lublinie.

Recenzja „Cesarzowej Sisi” (Netflix)

Pod koniec września ukazał się premierowy sezon serialu „Cesarzowa”. Chociaż na początku przyjęłam tę informację z dużą dozą sceptycyzmu, od razu zabrałam się za oglądanie. I… wcale nie żałuję! Zacznijmy od tego, że to już drugi serial o cesarzowej w tym roku. Produkcję RTL oceniłam na 2/10 (więcej na ten temat przeczytacie TUTAJ). Mimo tego, że produkcje „netfixowe” rządzą się swoimi prawami i założyłam, że tutaj też będzie podobnie, to byłam miło zaskoczona. Pamiętam, że napisałam, że jeśli tylko „Cesarzowa Sisi” będzie choć w połowie tak dobrą produkcją, jak „The Crown”, to będę zadowolona. I właściwie tak się stało. Chociaż nie obyło się bez typowych „netflixowych” absurdów. Zacznijmy jednak od początku!

***

Elżbieta

Elżbieta, która nie przepada za dziecinnym pseudonimem Sisi*, wydaje się bardziej wyrazistą i wyemancypowaną postacią niż cukierowa Sissi z lat 50. Natomiast Devrim Lingnau prezentuje się znacznie korzystniej w filmie niż na zdjęciach. Przyznam, że początkowo byłam do niej nieco uprzedzona, ale gdy tylko zobaczyłam jej grę, od razu zmieniłam zdanie. Jest po prostu fenomenalna! Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że producenci wybrali ją także ze względu na uderzające wprost podobieństwo z… Romy Schneider! Widziałam mnóstwo filmów fabularnych i dokumentalnych z Romy, znam jej sposób mówienia, mimikę, grę aktorską – i tutaj naprawdę widać podobieństwo – w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Było wiele takich scen, w których myślałam, że Romy zagrałaby to bardzo podobnie. I wyglądała również bardzo podobnie. Romy miała wprawdzie delikatniejszą urodę, zaś aktorka produkcji RTL jest bardziej podobna do historycznej cesarzowej, jednak trudno porównywać urodę i na tej tylko podstawie ferować wyroki. Devrim Lingnau zagrała naprawdę bardzo dobrze – w wielu scenach nic nie mówi, ale jej mimika i mowa ciała doskonale odwzorowuje stan emocjonalny cesarzowej.

Wielki plus dla serialu za to, że pokazano nie do końca sielankowe dzieciństwo Sisi (o czym można przeczytać chociażby w najnowszej biografii cesarzowej). Nie podobało mi się jednak, że pokazano, jakoby cesarzowa upijała się z powodu swej frustracji. Tak z pewnością nie było. Natomiast to, że czasem wymykała się nocą i paliła papierosy – jest już zgodne z prawdą historyczną.  

*Oryginalny tytuł to Die Kaiserin/The Empress, jednak w polskiej wersji dodano pseudonim Sisi. Trafność tego wyboru oceńcie sami.

Franciszek Józef

Tutaj znowu mogę rozpływać się w zachwytach, ponieważ zarówno gra, jak i uroda Philipa Froissanta po prostu mnie urzekły – zwłaszcza na tle produkcji RTL, w której cesarz jawi się jako niezrównoważony psychicznie tyran. Ten Franciszek jest zdecydowanie bardziej wrażliwy i romantyczny, choć twórcy pokazali, że przed małżeństwem z Elżbietą miał romans z pewną hrabiną, która nie chce go porzucić nawet po ślubie. Zdecydowanie budzi sympatię. A poza tym – jest bardzo przystojny! 😉

W przeciwieństwie do serialu RTL, tutaj mamy przede wszystkim bardziej romantyczną opowieść o miłości Sisi i Franciszka. Owszem, jest erotyka, ale pokazana w mniej ostentacyjny i wulgarny sposób niż u konkurencji. (Jeśli o mnie chodzi, to w ogóle mogłoby jej być mniej, ale zdaję sobie sprawę ze współczesnych trendów – bez pewnych scen produkcja nie ma prawa ujrzeć światła dziennego).

Zofia

Melika Foroutan jest mniej więcej w wieku historycznej arcyksiężnej (49 lat), jednak wygląda bardzo młodo i widać, że jest sztucznie postarzona makijażem. Zwłaszcza, jeśli mamy przed oczyma Zofię z trylogii „Sissi”. Niemniej jednak jest bardziej ludzka niż w starej produkcji, czasami może nawet budzić sympatię. Na wielki plus zasługuje przemilczany często wątek zmarłej córeczki Zofii, malutkiej Anny, której „odpowiednik” chce widzieć w młodej synowej. Co ciekawe, twórcy sugerują też romans Zofii, którego owocem miał być sam Franciszek Józef, tak inny od swego brata Maksymiliana. Pisałam o tym TUTAJ. Niestety absurdalne czasem kostiumy połączone z dziwnym makijażem wywoływały u mnie niezrozumienie: dlaczego tak zniekształcono tę dobrze napisaną rolę?

Maksymilian

Młodszy brat Franciszka Józefa zakochuje się w Elżbiecie i potajemnie próbuje obalić swojego brata. Spotyka się jednak z niezrozumieniem. Ubiera się ekstrawagancko (kolczyk w uchu, współczesne okulary przeciwsłoneczne, ach ten Netflix!), urządza dzikie, mocno zakrapiane alkoholem imprezy (jednak szansa, by historyczna Elżbieta w nich uczestniczyła jest raczej równa zeru), za wszelką cenę próbuje zwrócić na siebie uwagę. Tak, roi się tu od absurdów, jednak faktem jest, że historyczny Maksymilian bardzo chciał zostać cesarzem. Do tego stopnia, że wbrew wszelkiej logice zaakceptował tron w Meksyku. Serialowa opowieść jest mocno przerysowana, ale można na to przymknąć oko, bo jednak ma jakieś uzasadnienie w historii.

Co ciekawe, pokazano także najmłodszego brata cesarza, Ludwika, znanego z ciętego języka i zamiłowania do przebierania się w damskie suknie. Brakuje jedynie Karola Ludwika.

Leontine

Dama dworu, która tak naprawdę pochodzi z ludu. Podszywa się pod prawdziwą hrabinę, którą morduje jej narzeczony. Cel: zamach na parę cesarską. Szybko zdobywa względy cesarzowej, z czasem zaczyna ją nawet darzyć szczerą sympatią, jednak swoim zachowaniem wzbudza wiele podejrzeń. Wątek bardzo mało prawdopodobny, bo w jaki sposób prosta dziewczyna miałaby szybko odnaleźć się w skomplikowanej dworskiej rzeczywistości? Jednak jeszcze bardziej dla mnie absurdalny był wątek byłej prostytutki jako damy dworu w produkcji RTL, szkalujący przy okazji naprawdę istniejącą fryzjerkę cesarzowej, Fanny. Tutaj przynajmniej widzimy nastroje społeczne – Franciszek Józef rzeczywiście nie był wtedy lubiany. Poza tym na wielki plus jest to, że nie ucieka się od wątków politycznych. Nie jest to więc 100% ckliwy romans, ale jest też miejsce na politykę.

***

The Crown

Ścieżka dźwiękowa jest cudowna! Zwłaszcza melodia weselna „Wedding”, która jednak bardzo, bardzo przypomina ścieżkę „Voices” z 4. sezonu „The Crown”. Obydwie są po prostu genialne. Zresztą to nie jedyne podobieństwo – Zofia wypowiada też słynne zdanie, że ktoś nowy na dworze musi się albo dostosować (ugiąć), albo złamać („Things must bend, or they break”) – ta sama sentencja została wypowiedziana o młodej Dianie. I tu jeszcze jedna widoczna zbieżność – w serialu Sisi ukrywa się za pniem drzewa, gdy spostrzega Franciszka, a w „The Crown” Diana w przebraniu „Snu nocy letniej” ukrywa się za drzewkiem przed Karolem. Ewidentnie twórcy chcieli nawiązać do znanej produkcji o brytyjskiej rodzinie królewskiej.

Przy okazji wspomnę, że w przeciwieństwie do „The Crown” i trylogii „Sissi” – tutaj twórcy nie zadbali o różnorodność dialektyczną postaci – nie usłyszymy zatem różnic między dialektem bawarskim czy austriackim. Szkoda!

Trylogia Sissi

Oprócz tego, że Devrim Lingnau bardzo przypomina Romy Schneider, to w serialu nie brakuje też subtelnych nawiązań do klasycznej produkcji. I tak mamy Sisi wypuszczającą na wolność rannego ptaszka, przybywającą do Wiednia i witającą narzeczonego pocałunkiem, widzimy też bardzo podobne ujęcie pary cesarskiej na balu. Według mnie należy to odczytywać jako ukłon w stronę produkcji Ernsta Marischki.

***

Estetyka

Plenery i właściwie wszystkie ujęcia są po prostu przepiękne – np. Elżbieta pędząca na koniu, czy idąca do ołtarza w sukni z trenem (znowu mamy jawne nawiązanie do ślubu Diany oraz sceny z trylogii „Sissi”). Natomiast fryzury i kostiumy może są miłe dla oka, ale jednak to… mała katastrofa. Miały być uwspółcześnione, ale niektóre wyglądają mocno karykaturalnie, np. hrabina Esterhazy, Johann Strauss, czy Franz Liszt wyglądają jak postacie z „Alicji w Krainie Czarów”. Weselne tańce z całą pewnością nie są historyczne. Choć trzeba przyznać, że niektóre suknie czy biżuteria są piękne dla współczesnego oka, jednak w żaden sposób nie mogłyby być noszone w tamtych czasach. Można śmiało zaryzykować stwierdzenie, że produkcja nawiązuje do dziwacznej estetyki „Marii Antoniny” Sofii Coppoli. W tym jednym tym aspekcie produkcja RTL wypada nieco lepiej. Choć nie na tyle, żebym zmieniła o niej zdanie.

***

Wnioski

Oczywiście nie jest to produkcja konkurująca z kultową trylogią z lat 50., którą z powodzeniem może obejrzeć cała rodzina. „Sissi” nie ma konkurencji. „Cesarzowa Sisi” to „netflixowa” produkcja, a te rządzą się swoimi prawami. Niemniej jednak – przynajmniej w porównaniu do konkurencyjnego serialu RTL – ten wypadł dużo lepiej. Akcja jest naprawdę wciągająca, zachowane zostały główne fakty historyczne, a przede wszystkim – nie ma tutaj miejsca na obrazę intelektu widza czy szkalowanie realnie istniejących postaci. Przyznaję – mam wielką nadzieję na kolejne sezony!

Aktualizacja 08.11.: Potwierdzony drugi sezon!

Moja ocena: 7/10

PS. Oczywiście zdecydowanie wolałabym ciekawą produkcję wierną temu, o czym piszą książki historyczne. Bez absurdalnego dostosowywania fabuły do współczesnych trendów. Tylko pytanie, czy to osiągalne dla platform takich jak Netflix…? (Tutaj refleksja: skoro „The Crown” w dużej mierze odpowiada estetyce i głównym faktom historycznym – czy nie można by pójść w tym samym kierunku? I czy te nowsze wersje są faktycznie wierniejsze prawdzie historycznej od trylogii „Sissi”?).

„Cesarzowa Sisi. Pierwsze lata Sisi na wiedeńskim dworze” – recenzja

Autorka: Martina Winkelhofer

Tłumaczka: Magdalena Kaczmarek

***

Z wielką radością przyjęłam wiadomość, że na polskim rynku właśnie okazało się polskie wydanie bestsellerowej biografii cesarzowej „Sisis Weg” autorstwa Martiny Winkelhofer. Od razu po otrzymaniu książki – zabrałam się za czytanie, by sprawdzić, czym biografia różni się od innych. Niewątpliwie było to duże wyzwanie, bo o Elżbiecie napisano już bardzo wiele. Sama wielokrotnie byłam przekonana, że nie ma już o czym pisać na blogu, bo wszystko zostało już napisane. Okazuje się, że jednak nie do końca!

„Wczesne lata Elżbiety na wiedeńskim dworze, jej pierwsze lata w charakterze cesarzowej, to historia ludzkiego dojrzewania – i w ten sposób jest to historia uniwersalna. Tym aspektem biografii zachwyca się wiele ludzi. Los cesarzowej Elżbiety porusza każde pokolenie na nowo”.

Biografia traktuje o życiu cesarzowej od jej narodzin aż do 27. roku życia. Autorka stara się zgłębić historię osobistego rozwoju młodej cesarzowej z perspektywy XIX wieku, przybliżając nam realia tamtych czasów, wyłamując się z chętnie utrwalanych stereotypów i przedstawiając luki w jej biografii, które nierzadko uzupełniano… podejrzeniami biografów. Na zdecydowany plus zasługuje fakt, że autorka nie ograniczyła się tylko do faktów dotyczących stricte cesarzowej, ale też do nakreślenia biografii jej rodziny (zwłaszcza rodziców i teściowej – arcyksiężnej Zofii), a także – choć nieco bardziej pobieżnie – osób z grona cesarzowej na dworze. Autorka cytuje także liczne wypowiedzi oraz korespondencję dotyczącą Elżbiety – z wieloma wypowiedziami zetknęłam się po raz pierwszy.

Niniejsza biografia w znacznej mierze odczarowuje znane nam dobrze mity dotyczące Elżbiety, które z chęcią były powielane zarówno w kinematografii, jak i kolejno wydawanych biografiach. Do jednych z takich stereotypów należy wyobrażenie, jakoby posag Elżbiety był bardzo skromny, a samo jej pochodzenie i wychowanie znacznie odbiegało od takiego, jakie się jej należało i takiego, jakie godne byłoby zaślubienia cesarza Austrii. Autorka radykalnie rozprawia się z tym mitem, przedstawiając rzeczywistą wartość posagu i samego pochodzenia Elżbiety, która w istocie nie była Kopciuszkiem wychodzącym za księcia z bajki. Wręcz przeciwnie!

Bardzo interesujący jest również opis stylu bycia matki cesarzowej, po której prawdopodobnie odziedziczyła skrajną nieśmiałość i niechęć do spotkań reprezentacyjnych w większym gronie. Ludwika miała głęboką więź z córką i rozumiała jej przypadłości, sama cierpiąc na uciążliwe migreny, uniemożliwiające jej często podróże i pełnienie innych obowiązków. Autorka rysuje również niezbyt pozytywny portret jej ojca, tak bajkowo przedstawionego w trylogii „Sissi”. Okazuje się też, że Elżbieta i jej rodzeństwo nie mieli z nim aż tak bliskiej więzi, jak to się często opisuje.

Wiele napisano również o samej arcyksiężnie Zofii. Z jednej strony widzimy, że w przeciwieństwie do postaci jawiącej się z trylogii „Sissi”, nie była pozbawiona uczuć i wielokrotnie była przekonana o słuszności swojego działania na korzyść Elżbiety, którą traktowała jak kolejne swoje dziecko (a przy tym jedyną – w tamtym czasie – synową). Z drugiej strony autorka doskonale przedstawia jej despotyzm i podporządkowanie reszty cesarskiej rodziny i świty, z którego schematu wyłamywała się jedynie Elżbieta, która może słuszną troskę teściowej odczytywała jako ubezwłasnowolnienie. Dowiedziałam się natomiast, że w swoim pamiętniku Zofia nie pozostawiła najmniejszej krytyki pod adresem synowej, mimo tego, że wszyscy na dworze byli świadomi istniejącego wiele lat konfliktu. Zapewne nie chciała, aby kolejne pokolenia mogły wysnuć daleko idące oceny pod adresem jej rodziny, przede wszystkim zaś chciała chronić przed tym Franciszka Józefa. Co ważne, autorka wspomina o żelaznej samodyscyplinie Zofii, samej cierpiącej na wiele przypadłości, a także jej traumie po śmierci jej kilkuletniej, jednej córeczki Anny. O tym prawie milczą inne biografie. Tutaj czytamy o kobiecie, której z całą pewnością nie można sprowadzić wyłącznie do poziomu „złośliwej teściowej”.  

„[Sisi] zgodnie ze swoim tytułem chciała być cesarzową Austrii, ale w głębi duszy wciąż była tą samą młodą dziewczyną […]. W tym rozdźwięku leży prawdopodobnie jedna z przyczyn niedostatecznej zdolności Elżbiety do nowej roli”.

Najbardziej wciągające dla mnie były ostatnie rozdziały – tj. Dorastanie, Traumatyczne doświadczenia oraz Przełom (z kolei rozdział Sekretarz Cesarzowej okazał się dla mnie najbardziej nużący ze względu na drobiazgowość opisu kwestii niezwiązanych bezpośrednich z cesarzową – tutaj według mnie wystarczyłaby krótka dygresja w formie przypisu). Szczególnie przejmujący okazał się opis choroby i agonii małej Zofii, ze śmiercią której Elżbieta nigdy się nie pogodziła. Zszokowała mnie też skrajnie nielojalna i nieodpowiedzialna postawa nadwornych lekarzy i cesarskiej świty, której Sisi nigdy nie przebaczyła ukrywania informacji o poważnym stanie jej dziecka. Co ciekawe, akwarelowy portrecik zmarłej córeczki, którą para cesarska nazywała pieszczotliwie Baby, do końca życia wisiał w sypialni cesarza…

„Aż do śmierci pierworodnej córki Elżbieta była produktem swego otoczenia: grzeczną córką, skromną małżonką, uniżoną synową. Starała się spełniać te oczekiwania nawet w najtrudniejszych godzinach. Tak długo, jak jej ciało i dusza zaczęły bić na alarm. Wiedziała, że w tym otoczeniu rany się nie zagoją. Pozwoliła sobie na długie podróże i pobyty z dala od dworu cesarskiego, a na jej przemianę nie trzeba było długo czekać: z niepewnej siebie żony cesarza w pewną siebie cesarzową. Z kobiety, o której decydowali inni, w kobietę, która sama decydowała o sobie. […] A wszystko to w czasach, w których małżonek de facto był opiekunem prawnym żony.  […] [Elżbieta] była przekonana o posiadaniu prawa do decydowania o własnym życiu i po prostu tego wymagała od męża”.

Na ogromne wyróżnienie zasługuje próba diagnozy reakcji Elżbiety, opisywanych przez jej współczesnych jako „trudne”. Autorka podkreśla, że Sisi w chwili zamążpójścia była nadal dojrzewającą nastolatką, mierzącą się z odrywaniem się od domu rodzinnego, burzami hormonalnymi spowodowanymi trzema następującymi po sobie ciążami, dziewczyną, która w wieku 20 lat miała już za sobą trzy porody (w tym traumatyczne narodziny Rudolfa), musiała zmierzyć się ze śmiercią najstarszej córeczki, a także z ogromną presją otoczenia, walką o wpływy na dworze i brakiem osób, na których mogłaby polegać. Prawdopodobnie mierzyła się nie tylko z depresją (także poporodową), ale i nieprzepracowanymi traumami i ciężkim zespołem stresu pourazowego oraz chorobami psychosomatycznymi. Miała też ku temu predyspozycje, ponieważ już od dzieciństwa wiadomo było, że była bardzo nieśmiała i wrażliwa.

Konny portret Elżbiety należał do ulubionych wizerunków cesarza

*

Zabrakło mi nieco wprowadzenia obszerniejszego wątku relacji Sisi z braćmi cesarza i ich małżonkami. Jednak – być może – to materiał na kolejną książkę. Zaintrygowało mnie też, że autorka nie pisze nic o rzekomej niewierności Franciszka, który miał zarazić Sisi chorobą weneryczną, która to doprowadzić miała do jej ucieczki z dworu. Intryguje mnie to o tyle, że w innych biografiach przeważnie poświęcano temu wątkowi sporo miejsca… Czyżby zatem nie było na to dowodów? To jedno z wielu pytań, na które nie znajdziemy zapewne odpowiedzi. Natomiast autorka rysuje zadziwiająco bardzo pozytywny obraz cesarza – zdolnego do poświęceń dla młodej żony, bardzo zaangażowanego emocjonalnie w narodziny i wychowanie dzieci (na tym etapie autorka nie wspomina jednak o burzliwym wychowaniu małego Rudolfa). Dowiadujemy się na przykład, że sama tylko podróż cesarzowej na Maderę kosztowała w przeliczeniu na obecne kwoty ok. 2,5 mln euro, co stanowiło więcej niż półroczny budżet całego dworu cesarskiego – jak komentuje autorka:

„Franciszek Józef wydał majątek na przywrócenie fizycznego i psychicznego zdrowia żony […] Cesarz zagwarantował jej prawa i wolności, jakimi nie cieszyła się żadna inna kobieta z domu królewskiego czy cesarskiego”.

Bardzo ciekawie prezentuje się nietypowy spis treści – zawierający w sobie mini-streszczenie danego rozdziału, co pozwala na szybkie przypomnienie jego treści lub znalezienie interesującego nas fragmentu.

Na pochwałę zasługuje ciekawa szata graficzna – tło okładki tworzy błękit królewski, zaś w środku tzw. skrzydełek mamy piękną, intensywną czerwień, przywołującą skojarzenia z pałacowymi wnętrzami.

Natomiast wielka szkoda, że w polskim wydaniu brakuje ilustracji, które znajdują się w oryginale – tylko naprawdę zdeterminowani Czytelnicy będą pamiętali o przeszukaniu Internetu w poszukiwaniu wspomnianego w książce zaręczynowego portretu Elżbiety czy akwareli ilustrującej królewski jacht „Wiktoria i Albert II”, którym Elżbieta popłynęła na Maderę… Tutaj muszę jednak zaznaczyć, że w książce zawarto dwie czarno-białe ilustracje przedstawiające cesarzową (zdjęcie i portret) oraz dwie kolejne na okładce książki (choć są to wizerunki koronacyjne Elżbiety, a zatem wykraczające już poza ramy czasowe niniejszej biografii). Nie są to jednak portrety, do których autorka bezpośrednio nawiązuje. Niemniej jednak – legendarna uroda Elżbiety nawet dzisiaj robi wrażenie – niemal każdy jej wizerunek zachwyci Czytelnika.

Ilustracje w oryginalnym wydaniu

*

Na marginesie wspomnę tylko o ogromie ciekawostek, których można się dowiedzieć z niniejszej biografii, np. znaczenia sakramentu bierzmowania młodych panien, zwyczajów ślubnych czy chrzcielnych. Zawsze zastanawiało mnie też, dlaczego Elżbietę i Helenę przedstawiono Franciszkowi w żałobnych sukniach (czy nie można było tego uniknąć?) – tego nie mogę jednak zdradzić – prawdopodobną odpowiedź znajdziecie w książce!

Moja ocena: 9/10

Nie pozostaje nic innego, jak tylko polecić tę biografię oraz mieć nadzieję na kolejną część! Za otrzymany egzemplarz oraz przeuroczy liścik od Cesarzowej (widoczny na zdjęciu powyżej) serdecznie dziękuję Wydawnictwu Marginesy!