Wspomnienia o Romy

Niedawno przeczytałam kilka książek o Romy i pomyślałam, że podzielę się z Wami tym, o czym jeszcze nie pisałam na blogu. Luźnymi wspomnienami o Romy, które związane są z jej rolą w „Sissi”. Jeśli ktoś ma ochotę na więcej – odsyłam do zakładki ROMY.

Christiane Hoellger, przyjaciółka Romy, wspomina:

Miała jednocześnie szczęście i pecha. Stała się idolem, zanim jeszcze mogła dojrzeć do stania się aktorką. Szczęście, bo przyniosło jej to szybko sławę i pieniądze. Ale było w tym też wiele tragizmu, bo była jeszcze dzieckiem. Właściwie nigdy nie pogodziła się ze skutkami, jakie wywołało to, że obwołano ją idolem. Stać się idolem w kraju, w którym kulturę całkowicie zniszczyła dyktatura, w wieku zaledwie piętnastu lat, było bardzo trudne. Próbowano zapomnieć o nazizmie, więc sięgnięto po przykurzoną cesarską koronę.

Trzeba nakreślić tło historyczne. Lata 50., Niemcy i Austria powoli podnoszą się po przegranej wojnie. Führer ich zdradził i zawiódł. Po wojnie chciano widzieć w Romy nową przywódczynię narodu, śliczną, młodą, niewinną, na wpół dziecinną jeszcze księżniczkę, która nie mogła nikomu wyrządzić krzywdy. Mówią o niej „nasza Romy, niemiecka dziewica”. Romy staje się w latach 50. bardzo szybko kimś, kto spełnia najbardziej naglące potrzeby masowej widowni. Chętnie przywoływano czasy monarchii, bo demokracja była wtedy czymś jeszcze zupełnie nowym. Jednak i Romy ich zawiodła. Nie chciała grać Sissi. Wyprowadziła się, by żyć na kocią łapę z Alainem Delonem. Ówczesne pojęcie patriotyzmu musiało być mocno spaczone przez nazizm. Nie tylko nie chciała być już dłużej słodką Sissi, ale też „zdradziła” ich z Francuzem. To było niewybaczalne. Sama Romy nigdy tego nie mogła zrozumieć.

Alice Schwarzer:

Najpóźniej po szoku spowodowanym upadkiem Führera, stosunek Niemców do ich gwiazd i idoli staje się bardzo napięty.

Nie wybaczają im porażek, nie wybaczają sami sobie tego, że kiedyś za nimi szaleli i tym bardziej są później zawzięci. Sissi jest ofiarą niemieckiej Hassliebe (połączenie nienawiści i miłości) do idoli. Słodka Sissi straciła cnotę z galijskim kogutem, symbolem germańskiego kompleksu na punkcie erotycznych podbojów. Na początku Romy nie odnosi sukcesów we Francji, po pięciu latach zostawia ją Delon. A niemiecka publiczność triumfuje – odczuwa typowo niemiecką Schadenfreude (radość z czyjegoś niepowodzenia).

Rosa Albach, babcia Romy ze strony ojca, aktorka Burgtheather, broni wnuczki przed zarzutami prasy, jakoby miała „zdradzić” swój naród wyprowadzką do Paryża. Opowiada na łamach prasy historię swojego dziadka, który również był aktorem i który zaginął w tajemniczych okolicznościach – świadkowie mieli go widzieć na dworcu – kolejny pociąg był relacji Berlin-Paryż. Był zafascynowany Francją i wszystkim, co francuskie. Uznano go za zmarłego, babcia Rosy wyszła za… Francuza. Rosa mówi, że może po prostu życie zatoczyło koło – teraz to Romy mieszka w Paryżu, wnuczka człowieka, który tak kochał Francję. Podsumowuje:

Czy to nie piękne, gdy nasze tęsknoty znajdują spełnienie, nawet jeśli dopiero w kolejnych pokoleniach?

Publiczność widziała to inaczej. A sama Romy tak wtedy wypowiada się o profesji aktorskiej:

To właściwie podły zawód – bycie aktorką. Trzeba całym sercem oddać się roli. A w pewnym momencie tego robić już nie wolno. Stoi się albo siedzi, krzyczy albo płacze, trzeba dać się ponieść, współodczuwać z postacią, jeśli chce się to robić dobrze. Ale trzeba też zachować dystans. Zachować trzeźwy umysł. Wiem, że mogę się wznieść na wyżyny w tym zawodzie. To jak trucizna, którą się połyka, i do której się przyzwyczaja, i którą się jednak przeklina. (…)

Angażuję się równie mocno do każdego filmu. Każdego. C’est tout.

Niemal wszystkie niemieckie filmy z lat 50. były oparte na przedwojennych scenariuszach. Ernst Marischka miał pomysł na „Sissi” wiele lat przed jej nakręceniem. Po sukcesie Romy w roli królowej Wiktorii wiedział, że „Sissi” to będzie strzał w dziesiątkę. Nie pomylił się. Wprawdzie Romy-Sissi nie przypomina wizualnie prawdziwej Sisi, ale czy to ważne? Prawda historyczna i prawda rodem z marzeń nigdy nie jest taka sama. Ważne, że gra Romy spełnia skryte marzenia milionów. I generuje miliony marek.

Romy Schneider & Ernst Marischka

Poza tym publiczność zauważa podobieństwa z losem cesarzowej. Romy przychodzi na świat 101 lat później niż Sisi, jest też w tym samym wieku, co Sisi, gdy gra swoją rolę. Film rozpala zainteresowanie losami prawdziwej cesarzowej – ciekawe, czy by dziś o niej pamiętano, gdyby nie Romy?

Po latach od nakręcenia „Sissi”, podczas wywiadu przyzna nerwowym, niepewnym głosem:

– Ależ ja wcale nie żałuję, że zagrałam Sissi. Wiele zawdzięczam tej roli. Nigdy nie sądziłam, że te filmy  będą dobrze przyjęte we Francji, a w Paryżu okazały się wielkim sukcesem. Dla mnie. W gazetach wciąż piszą kłamstwa, jakobym miała powiedzieć, że żałuję, że zagrałam w tych filmach i nie chcę już o tym mówić ani sobie o tym przypominać, to nie prawda. Wprost przeciwnie. Jestem wdzięczna, bardzo wdzięczna Marischce za ten sukces.

Ale przez wiele lat musiała pani z tym walczyć – wtrąca dziennikarz.

Romy odpowiada nerwowo i gwałtownie:

– Tak, oczywiście! Któregoś dnia ma się dość i chce się wyjść z tej roli. Chce się robić coś innego. Czwarta część Sissi nie wchodziła w grę. Nie chciałam i NIE MOGŁAM jej już grać. Dlatego uciekłam do Francji.

Peter Weck (89) – filmowy Karol Ludwik – był ulubieńcem Marischki, miał dużo scen z Romy, ale niemiecki producent wyciął ich sceny – jego rola nie mogła przyćmić Karlheinza. Peter Weck wspomina:

Marischka był tatuśkiem przy kasie, który umiał inscenizować filmy w wielkim stylu, tak, jak dzisiaj jest to nie do pomyślenia. Podczas, gdy przez cały tydzień padało i my z ekipą siedzieliśmy w Bad Ischl, on grał w salzburskim kasynie jednocześnie przy trzech stołach.

Senta Wengraf (95), hrabina Bellegarde, dama dworu:

Bardzo lubiłam Romy, była kochaną, wesołą dziewczyną, wobec mnie życzliwą i otwartą. Opowiadała mi o swoich miłostkach, o których jej matka nie miała pojęcia. Magda Schneider była zupełnie innym typem, dużo silniejsza, ale też trochę bardziej drobnomieszczańska i od samego początku kariery Romy wywarła bardzo silny wpływ na Romy. Z jednej strony by la z niej bardzo dumna, z drugiej może trochę zazdrosna, bo Romy zrobiła znacznie większą karierę niż matka. (…)

Marischka mógł sobie wyszukać do roli, kogo tylko chciał. Miał dobrą renomę, a Sissi była wielkim projektem, któremu nikt nie odmawiał. Gdy dziś patrzy się na gotowy produkt – film, zauważa się, że wszystko było nastawione na Romy, aby to właśnie ją wynieść na wyżyny. (…)

W scenie, w której Sissi leży chora na tarasie na Maderze, a faktycznie kręciliśmy ją we włoskim Amalfi, moja kwestia trwała 10 minut, jej cały – dzień. Mimo to, Marischka uważał, że Romy wypadnie wiarygodniej, jeśli będzie mówiła do mnie, a nie dublerki, czy kogoś z obsady. A więc stałam w pełnym słońcu cały dzień w wydekoltowanej sukni, aż nabawiłam się poparzenia słonecznego. Trwało to tak długo, aż Romy w końcu nakręciła swoją scenę. Kiedy natomiast ja mówiłam swoją kwestię… Marischka się pożegnał, Romy też. A ja? Mówiłam do pustego krzesła przed sobą.

No cóż, „Sissi” miała promować właśnie Romy, to ona była gwiazdą…

Temat cesarskiego przepychu był na czasie, bo w tych latach ludzie zachwycali się koronacją Elżbiety II (1953) i królewskim ślubem Grace Kelly (1956).

Karlheinz i Romy – jeszcze przed nakręceniem „Sissi” – zostali wybrani na ulubionych aktorów młodego pokolenia. Byli więc skazani na sukces. Karlheinz wcale nie był jednak przekonany do projektu Sissi, nie był pewien, czy powinien zagrać cesarza. Jednak Marischka wywarł na nim bardzo pozytywne wrażenie. Przed podjęciem ostatecznej decyzji chciał jednak koniecznie poznać Romy i Magdę Schneider. Romy wydała mu się bardzo sympatyczna, podobnie jak reżyser, więc ostatecznie się zgodził. Nie przypuszczał, że to ta rola przyniesie mu największą sławę.

W trakcie kręcenia filmu bardzo często pytała go radę:

– Sissi, wywiercisz mi dziurę w brzuchu swoimi pytaniami! – a Romy rozpromieniała się rozbrajająco i z uroczym spojrzeniem mówiła:

– Ty jesteś gwiazdą. A ja tylko raczkującą aktorką.

– Spokojnie, mała, na pewno mnie jeszcze wyprzedzisz. Masz potencjał, by stać się światową gwiazdą.

Karlheinz wspomina także:

Romy została sprzedana przez swoich rodziców jako gwiazda filmowa, była bardzo ambitna i bardzo zdyscyplinowana na swój wiek.

Romy skarży się na bóle karku i głowy – jej peruka waży 6 kg, a do tego cierpi na częste zapalenie spojówek i musi chodzić w obcisłych sukniach w upały późnego lata. Pogoda płata figle, Marischka dodaje nowe sceny, aby całość miała ręce i nogi, kręcenie przeciąga się do listopada, Romy z matką w międzyczasie pozuje do zdjęć dla prasy.

Podczas kolejnej premiery „Sissi”, tym razem w Monachium, Romy przyznaje:

Widziałam film już pięć czy sześć razy i teraz widzę coś, co mi się nie podoba, w prawie każdej scenie. Ciągle znajduję coś, co można było lepiej zrobić.

Karlheinz wspomina:

Gdy wyszliśmy na scenę w monachijskim kinie tuż po premierze „Sissi”, brawa nie miały końca, nigdy czegoś takiego nie przeżyłem jako aktor. Dla mnie przyszło to niespodziewanie. Kręcenie filmu przebiegło gładko, ale nie spodziewałem się takiego sukcesu. Były później kolejne premiery w wielu innych miastach, dostawałem wciąż nowe prośby o autograf. W latach 50. bywały dni, gdy musiałem odpisać na 150 czy 200 listów od fanów, czasem nawet więcej. Tej popularności nigdy wcześniej nie przewidziałem. Zaproponowano mi później drugą część Sissi, którą uważam za zdecydowanie najlepszą z całej trylogii.

A jednak powoli niepokoiło mnie, że moja popularność ograniczała się do Sissi. Wtedy kręciłem rocznie 4-5 filmów, w tym takie, które wcale nie były złe, ale w oczach widzów zachowałem wizerunek cesarza. Odbyłem wiele rozmów z Ernstem, bo jednego nie mogłem pojąć czegoś, co dzisiaj rozumem. Te filmy mają relatywnie niewiele wspólnego z cesarzem i cesarzową, nie są historycznymi dokumentami. Ale te filmy są po prostu fenomenalne. Marischka nakręcił po mistrzowsku filmy rozrywkowe, przy których można się śmiać i płakać – zupełnie się przy tym nie wstydząc – także trzecie pokolenie widzów to czyni. A do tego były obsadzone wysoce wykwalifikowanymi aktorami. Sissi była obsadzona wręcz luksusowo.

Magda Schneider na pytanie o przyczynę sukcesu córki odpowiada:

Ludzie czują, że mają przed sobą stworzenie, które jeszcze dotąd nie zetknęło się z brudem tego świata! Innym siedemnastoletnim aktorkom nie dają wiary, że są niewinne…

Francuskie gazety piszą o Romy „niemiecka Brigitte Bardot”, ale to nietrafne określenie. Romy była zaprzeczeniem tego, co reprezentowała Bardot. Romy reprezentowała niewinność i przyjacielskość. Bardot była seksowna, ale i z całą pewnością nie była niewinna. Chciano, aby Romy była niewinna jak najdłużej. Jej dotychczasowa kariera przebiega bez skandali, wszak znajduje się pod bacznym okiem matki i ojczyma, którzy bardziej niż ona sama dbają o jej image (i kwestie finansowe).

Senta Wengraf wspomina:

Marischka odkrył Johannę Matz i uważał, że miała już dziecko i już była przez to za stara do roli Sissi. Kobiecie, która już ma dziecko, nie uwierzy nastolatka.

Chyba miał rację. Romy rzeczywiście była bardzo wiarygodna. O dziwo, kwestia macierzyństwa Sissi (i wieku grającej jej Romy) budziła wiele kontrowersji (również Magdy Schneider – Romy miała być za młoda na matkę), niektórzy domagali się nawet, by wycięto sceny z córeczką Sissi w trzeciej części filmu (mimo, że już w drugiej przecież ją urodziła). Marischka obstaje jednak przy swojej wersji – i triumfuje.

Tyrol, lato 1956. Ludzie przyglądają się z zaciekawieniem pracy nad filmem. Romy nie jest do śmiechu – ma na sobie ciasne ubrania – pod długą, sięgającą stóp suknią z lodenu ma pięć halek. Co chwila trzeba coś zaszywać, bo suknia nie nadaje się na górskie wspinaczki. Ciężko jej chodzić w sześciokilogramowej peruce. Gdy o poranku spada niespodziewanie śnieg – od razu zapada decyzja, żeby to wykorzystać w filmie. A że reżyser był zarazem scenarzystą, problemu nie było.

Między  wierszami w filmie przemyca się ówczesną ideologię – Sissi marzy, aby zostać „małą, perfekcyjną gospodynią domową” swego męża.

Romy jest dobroduszna nie tylko na ekranie, ale też po wyjściu ze studia. W trakcie kręcenia filmu na Węgrzech trwa rewolucja. Węgrzy uwielbiają film. W przerwie zdjęciowej filmu „Robinson” Romy spotyka w studiu filmowym zmartwionych sytuacją polityczną Węgrów. Wygłasza zdanie, którego nauczyła się fonetycznie po węgiersku do drugiej części Sissi. Jak sama przyznała:

Chciałam z wami porozmawiać trochę po węgiersku, bo widziałam, że jesteście smutni.

Romy, Magda i Karlheinz wyjeżdżają na tournée – odwiedzają m.in. Ateny i Madryt. Ludzie szaleli, nieśli ich na rękach, przyjmowano ich jak prawdziwych Habsburgów. W Madrycie stali na balkonie hotelu i machali do zebranych niczym cesarz i cesarzowa. Ludzie zachowywali się jak ich poddani – machali chorągiewkami, klaskali, krzyczeli.

Warto też wspomnieć o innych filmach. Na przykład „Sissi” i „Winnetou” mają ze sobą wiele wspólnego. Ludzie pokochali te filmy za to, że byli w nim ludzie, niewinni, zawsze prawi. Sissi i Winnetou to dwie pokrewne sagi, pocieszające społeczeństwo po traumie wojny. Zarówno Romy Schneider, jak i Pierre Brice zostali zaszufladkowani jako aktorzy „tej roli”.

Marischka miał pomysł na kolejny film w konstelacji Romy-Karlheinz – „Lola Montez” o kochance Ludwika I. Romy odmawia – nie chce wiecznie grać w krynolinach z jednym partnerem. Dość szybko rozpoznaje grożące jej zredukowanie do romantyczno-sentymentalnych filmów i usprawiedliwia się:

Nie mogę dać z siebie więcej, niż pozwala mi na to scenariusz.

Oprócz nagrania anglojęzycznej wersji „Sissi” (pod tytułem „Sissi Forever My Love”), Marischka miał plan, żeby nakręcić angielską wersję historii młodej królowej Wiktorii – w doborowej obsadzie – z Clarkiem Gable i Claudette Colbert (którzy zagrali razem w przedwojennym Oscarowym hicie „Ich noce”). Hollywood jednak nie przyjęło wygórowanych warunków agentów Romy, którzy wymagali, aby z góry znany był scenariusz, reżyser, a prace nad filmem trwały trzy miesiące. Podejrzewam, że Clark Gable miałby zagrać Lorda Melbourna, zważywszy na jego ówczesny wiek. Może to i dobrze, że nie doszło do realizacji, bo nie mogę sobie wyobrazić tego filmu. Według mnie byłoby to zderzenie dwóch światów i nie mógłby z tego powstać film tak spójny, jak „Sissi”. Krótki pobyt Romy w hollywoodzkim Disneylandzie w 1958 roku okazał się klapą – chciano ją zaangażować do tandetnych ról niemieckich dziewczynek w bawarskich strojach ludowych.

Romy była przy tym wszystkim doskonale świadoma efektu, jaki wywołuje jej wygląd.

Wiem, że jestem fotogeniczna. Mam to po ojcu. Moją mordką mogę wszystko!

W latach działalności zawodowej Romy, tj. lat 50.-70. XX wieku interesowano się przede wszystkim gwiazdami tj. Brigitte Bardot, Gina Lollobrigida, Sophia Loren, czy Catherine Denevue. Jednak kobiety traktowały je raczej jako rywalki. Romy natomiast sprawiała wrażenie wyrozumiałej, wrażliwej przyjaciółki. Może na tym polegał jej fenomen?

„Królowa kina Romy” – tak pisze o niej niemiecka gazeta w 1956 roku – jako pierwsza niemiecka powojenna aktorka zmusiła do wizyt w kinie maruderów w Szwecji, Norwegii, Finlandii, Francji, Belgii, Hiszpanii i Portugalii. Za to powinna być kolejny raz ukoronowana przez niemiecki przemysł filmowy. „Sissi” była przełomem dla niemieckojęzycznego filmu na rynku światowym – 30 krajów, wysoka oglądalność porównywalna z amerykańskimi hitami.

Romy była przeciwna zarówno drugiej, jak i trzeciej części „Sissi”. O drugiej części dowiedziała się latem 1956 roku, że film jest  zaplanowany. Za każdym razem Romy udaje się jednak przekonać. Jednak nie za czwartym razem. Nawet suma miliona marek nic nie wskórała. Trzeba jeszcze dodać, że wcześniej za Romy i Magdę Schneider filmowcy płacili 40 000 marek, za samą Romy 50 000. Kategorycznie odmawia nakręcenia czwartej części „Sissi”:

Po awanturze zamknęłam się w moim pokoju dziecinnym.

To nie filmy ani losy Elżbiety Bawarskiej uczyniły Romy popularną. To była jej „czystość i naiwność, dziewiczość, dziewczęcość” – przymioty tak podkreślane w czasach nazistowskich. W osobie Romy mamy ucieleśnioną tęsknotę za czymś, co być może nigdy się nie wydarzyło.

Romy precyzuje w wywiadach, że żałuje nie grania Sissi, lecz bycia zredukowaną do Sissi. Przypisano ją do stereotypu roli, którym nie jest i nie chce być w swoim prawdziwym życiu.

Schneider gorzko wspomina czasy po nakręceniu „Sissi”:

Dostawałam wciąż te same oferty, aż miałam ich powyżej uszu.

W latach 70. spekulowano, że mogło dojść do współpracy Romy i Karlheinza z Fassbinderem. Karlheinz nakręcił z nim już wcześniej kilka filmów. Mieliby obydwoje znów wcielić się w role cesarza i cesarzowej w filmie pod roboczym tytułem „Sissi IV”. Niemniej jednak do realizacji nigdy nie doszło. Karlheinz sam przyznał, że współpraca z Romy na ekranie była marzeniem zarówno jego, jak i Fassbindera. Sam Karlheinz też nie mógł do końca zaakceptować tego, że zagrał w „Sissi”. Reżyser powiedział mu kiedyś, aby nie miał kompleksów z powodu swojej roli cesarza:

Przecież zagrałeś w „Sissi”. Czy ten film ci się dzisiaj podoba, czy nie, to zupełnie obojętne. Musisz się przyznawać do każdej sekundy swojego życia – i dopuścić do siebie niezbędną autokrytykę. Kiedy to zrobisz, będziesz się dalej rozwijać.

W 1971 roku Romy otrzymuje propozycję zagrania cesarzowej u Viscontiego. Cieszy się na nową konfrontacją z Sisi i przyznaje:

Zagram tę rolę, charakter tej kobiety, tak naprawdę po raz pierwszy. Visconti jako jedyny sportretował Sisi w sposób odpowiadający prawdzie historycznej.

Film kręcono w Bad Ischl. Romy nosi ciasno zasznurowany gorset, ledwo może nadążyć za swoim małym synkiem, który odwiedza ją w trakcie pracy. Żałuje, że jej rola nie była bardziej rozbudowana w filmie. Nie boi się też przeciwstawić Viscontiemu w wielu kwestiach. Cieszy się, że ma powstać cały film poświęcony Sisi w reżyserii Viscontiego, jednak jego śmierć w 1976 roku niweczy te plany.

Sama Romy umiera kilka lat później. Żyła za szybko. Podwójnie za szybko. Czuła, że jej koniec się zbliża.

Claude Sautet wspomina:

Romy była absolutna. Bardzo absolutna. I bardzo dumna. Przede wszystkim pełna lęków. Miała silną wolę, ale zawsze bała się niezrozumienia. Była mądra – nie była typem inteligentki, ale była mądra tak, jak prości ludzi. To w niej uwielbiałem. A jednak miała w sobie wiele z arystokratki.

Właściwie to Romy przypominała prawdziwą Sisi. Ona też uciekała przed „zwykłym” życiem w Wiedniu, była ciągle w ruchu, ciągle w podróży. Nie miała domu. Romy natomiast rozkwitała na planie filmowym, ale nie potrafiła się odnaleźć w życiu codziennym.

Wydaje mi się, że zupełnie niepotrzebnie odmówiła zagrania w IV części „Sissi” – miała to być już ostatnia część i cały ten szum medialny prawdopodobnie by przycichł, gdyby zgodziła się na tę propozycję. To naturalne, że oczekiwano kontynuacji tej historii. Ale Romy chciała ambitnych filmów.  Trzeba jednak wspomnieć, że jeszcze w latach 50. zagrała w kilku filmach bardzo podobnych do „Sissi”, które nawet w połowie nie były tak dobrze wykonane, jak „Sissi”, nigdy też nie osiągnęły tej samej popularności (jak chociażby „Katja” z 1959 r.). W końcu dopięła swego – we Francji, ale dopiero dziesięć lat po „rzuceniu Sissi”. Szkoda, że przez całe życie cierpiała przez tę rolę. Może zupełnie niepotrzebnie. 

Może uciekała od prawdziwego życia, w którym nie ma napisanego scenariusza, według którego można żyć, gdzie zawsze można zagrać dany epizod jeszcze raz, gdzie zna się skutki swoich działań i wie się, czy nastąpi szczęśliwe zakończenie. A może świadomie dążyła do swojej śmierci, jak twierdzą niektórzy jej przyjaciele. W końcu wiedziała doskonale, że po operacji usunięcia nerki nie wolno jej było pić alkoholu ani nadużywać leków. Któż to może wiedzieć? Po jej śmierci pisano, że Sissi pękło serce. Może tak istotnie było…

***

Na podstawie:

Detlef Micheler „Fragen Sie mich nicht, wie einsam ich bin.” Romy Schneider. Eine europäische Schauspielerin.

Krenn Guenter „Romy Schneider. Biografie”.

„Sisi w Tyrolu” – recenzja

Czy o cesarzowej Sisi napisano już wszystko? Oczywiście, że nie! Teraz to wiem, choć zadawałam sobie to pytanie w pierwszych latach prowadzenia bloga – i długo sądziłam, że poprzestanę na cyklu „Losy cesarzowej”. A jednak, szybko okazało się, że co jakiś czas docieram do nowych ciekawostek, mało znanych faktów. Bardzo się cieszę, że trafiłam na książkę Jeannine Meighörner (w przekładzie Krystyny Schmidt, Wyd. LIRA). Rzeczywistość przerosła moje oczekiwania.

Mamy tutaj do czynienia z bardzo sympatyczną, czasem zabawną, czasem wzruszającą, a czasem nieco irytującą historią o cesarzowej opowiadaną z perspektywy mieszkańców Innsbrucka – strażnika nocnego, pokojówki, eks-rewolucjonisty oraz wielu innych osób z różnych warstw społecznych.

Jeannine Meighörner w swojej powieści „Sisi w Tyrolu” opisuje trzy autentyczne pobyty Sisi w tyrolskim Innsbrucku na przestrzeni pięćdziesięciu lat – kolejno w 1848, 1870, 1871 oraz tuż po jej śmierci w 1898 roku. Dla porównania – jej cesarski małżonek odwiedził Innsbruck ponad trzydzieści razy, co oczywiście tylko wzmogło miłość Tyrolczyków do cesarza.

Sisi była nader oszczędna z wizytami w Innsbrucku, wolała pobliskie Merano. Jednakże wzmagało to tylko ciekawość mieszkańców – wszak była wówczas uważana za najpiękniejszą kobietę Europy! W powieści urzekło mnie zręczne przeplatanie faktów historycznych z fikcją literacką. Ktoś, kto nie zna zbyt dobrze losów cesarzowej, może się o niej bardzo dużo dowiedzieć z dialogów prowadzonych przez bohaterów. Poznajemy m.in. ekscentryczne zachcianki i zwyczaje Sisi (np. w podróży towarzyszyły jej krowy, których mleko uważała za wybitnie smaczne). Widać zatem, że autorka solidnie przyłożyła się do postawionego sobie zadania – nie ma przekłamań historycznych. Przedstawia mało znane epizody z życia Sisi – tym bardziej warto sięgnąć po tę pozycję.

Uwaga: nie mamy tu do czynienia z cukierkowo słodkim portretem cesarzowej – w wypowiedziach mieszkańców nie brakuje rozczarowania i krytyki. Mam wrażenie, że potencjał tej powieści nie został do końca wykorzystany – niektóre wątki są w mojej opinii zbyt pobieżnie opisane. Niemniej jednak – z całą pewnością wrócę do tej lektury.

Warto wspomnieć o samym pałacu Hofburg w Innsbrucku, którego gmach jest istotnie imponujący. To właśnie tutaj doszło do pierwszego w historii spotkania Sisi i braci Habsburgów, w tym Franciszka Józefa, który w ogóle nie zwrócił wtedy na nią uwagi, oraz Karola Ludwika, który – dla odmiany – faktycznie zakochał się wtedy w małej Sisi. Wiele lat później, gdy Elżbieta była już cesarzową, to właśnie Karol Ludwik zlecił przebudowę innsbruckiego pałacu, m.in. zaprojektował apartamenty specjalnie dla Sisi, które możemy podziwiać do dzisiaj. Pokoje zostały udekorowany w stylu neorekokowym – każdy w innym kolorze – zgodnie z zasadami etykiety. I tak pokój, w którym cesarzowa pisała listy, udekorowano w kolorze błękitu, zaś jej sypialnię – w kolorze szmaragdu.

Apartamenty Sisi w Innsbrucku

Pozostałe komnaty – salon, toaleta, gabinet były zdobiła soczysta czerwień. Sisi nalegała, aby w jej sypialni znajdowało się pojedyncze łoże, nie zaś łoże małżeńskie, a także chciała mieć swój własny pokój do korespondencji. Dzisiaj poczytujemy to za oznakę jej emancypacji.

Innsbrucki Hofburg

Powyżej widzimy balkon, na który w powieści przekorna Sisi nigdy nie wyszła. Natomiast w którymś z okien – w nocy – Sisi… paliła papierosy!

Warto popatrzeć też na mroczne wnętrze kościoła dworskiego, w którym rozgrywa się jedna ze scen powieści, w której Sisi na głos czyta Heinego swym towarzyszkom. Główną atrakcją świątyni jest zabytkowy grobowiec cesarza Maksymiliana (1459-1519).

Sisi poznajemy jako niespełna 11-latkę, która marzy, aby zostać w przyszłości woltyżerką. Podczas nocnej eskapady poznaje studenta prawa, rewolucjonistę z Wiednia, Aloysa Oberraucha, który urzeka ją swymi błękitnymi jak niebo oczami.

Młodziutka Sisi

Opowiada jej o rewolucji, o Heinem, którego Sisi w przyszłości uzna za swojego mistrza. Jest urzeczony urodą, inteligencją i wrażliwością dziewczynki, która staje w obronie ciemiężonego osiołka, a także zręcznie ratuje go z opresji, gdy przedstawia go Karolowi Ludwikowi jako swojego nauczyciela. Aloys podarowuje Sisi białą papierową różę, którą jednak przez przypadek Sisi zostawia przy fontannie. Aloys zatrzymuje różę, próbuje ją oddać Sisi. Jednak, jak czas pokaże, nie będzie to łatwe nawet na przestrzeni lat…

Leopoldsbrunnen – tutaj Sisi objaśniała Aloysowi, jaką figurę woltyżerską wykonuje rumak Leopolda i… zostawiła różę

Oberrauch zakochał się w Sisi bez pamięci, choć tylko platonicznie. Po wielu latach pracuje w komitecie upiększenia miasta Innsbrucka na wizytę Sisi, która wówczas jest już 33-letnią kobietą. Stara się jak tylko może, w nadziei, że zostanie to docenione przez Sisi. Tymczasem Sisi pamięta swoją dziecięcą przygodę, ale nie wierzy, aby ktoś to jeszcze pamiętał. Przyznaje, że znała kiedyś kogoś o tym nazwisku, ale to było jakby w innym życiu. Podczas jednego ze spotkań spoglądają sobie głęboko w oczy. Aloys ma wrażenie, że Sisi go rozpoznaje. Czy Sisi rozpozna swoją pierwszą sympatię? Jak zakończą się losy tych dwojga?

Tu niestety muszę Was odesłać do lektury. Zdradzę Wam tylko, że zdarzyło mi się uronić łezkę pod koniec lektury.

Warto wspomnieć, że Aloys Oberrauch jest postacią autentyczną. Był studentem prawa i filozofii, aktywnie uczestniczył w rewolucji w 1848 roku, wskutek czego został relegowany z uczelni. Studia podjął później w Innsbrucku, jednak jego dalsze losy nie są znane. Bardzo się cieszę, że autorka zadała sobie tyle trudu, aby prześledzić insbruckie archiwa. To również świadczy o jakości tej powieści.

Bardzo spodobał mi się również fragment:

W jej postaci wszystko jest wdziękiem: zdaje się, że nie idzie, ale unosi się w powietrzu, nie śmieje się, tylko uśmiecha, nie otwierając ust, nieśmiało niczym anioł, nie mówi, ale delikatnie szepcze.

– ewidentnie nawiązuje do słynnych słów cesarza Fryderyka o Elżbiecie:

Cesarzowa nie siada, tylko majestatycznie zajmuje miejsce; nie wstaje, tylko się podnosi; nie chodzi, tylko kroczy z godnością. Jej pojawienie się wprawiło mnie w niemy zachwyt.

Jeśli chodzi o estetykę, to polskie wydanie podoba mi się nawet bardziej niż oryginał. Podobnie jak w „Cesarzowych Habsburgów” – mamy okrągłą, błyszczącą miniaturę na okładce – tym razem jest to Sisi z portretu Winterhaltera. Przeurocza!

Podsumowując: jeśli uwielbiasz cesarzową Sisi i nie masz nic przeciwko fikcji literackiej opartej na faktach, to ta powieść jest dla Ciebie. Jest również idealna na prezent. Serdecznie polecam!

Jeśli macie ochotę na lekturę w podobnym rodzaju, to polecam „Łowcę Posagów”, „Opal Księżniczki Sissi” oraz powieści Allison Pataki o cesarzowej.

Za egzemplarz do recenzji serdecznie dziękuję Wydawnictwu LIRA!

Recenzja „Cesarzowych Habsburgów”

Dawno już nie było nic nowego na blogu, tym bardziej się więc cieszę, że mogę podzielić się moją opinią dotyczącą dwóch pozycji Wydawnictwa LIRA. Zacznijmy od recenzji książki „Cesarzowe Habsburgów” autorstwa historyk Sigrid-Marii Größing w przekładzie Ewy Ziegler-Brodnickiej (Wyd. LIRA).

Los wielu cesarzowych bywał godny pożałowania, podobnie jak los kobiet w dawnych czasach w ogóle. Wydane za mąż, często już w dzieciństwie, w wyniku wielu ciąż czekała je śmierć, przeważnie w połogu. Ponieważ nie słyszano jeszcze wówczas o genetyce, tragiczne w skutkach okazywało się zbyt bliskie pokrewieństwo przy zawieraniu małżeństw. Z cudem graniczy więc fakt, że mimo wszystko tak wiele cesarzowych w krótkim życiu, które było im dane, wniosło swój wkład, przede wszystkim w rozwój kultury.

„Cesarzowe Habsburgów” & „Sisi w Tyrolu” Wyd. LIRA

Estetyka

Urzekła mnie okładka z podobizną Marii Teresy! Jej portret jest obecny w formie błyszczącej miniatury na skrzydełkach okładki – jest wprost przeuroczy. Niezwykła barwa oczu cesarzowej zainspirowała też Wydawców do pokolorowania grzbietu książki w ten sam odcień. Uczta dla moich oczu.

Jeśli chodzi o zawartość książki – każdą postać przedstawia co najmniej jeden czarno-biały portret, najczęściej ten najbardziej kojarzony z daną cesarzową. Nie ukrywam, że chciałabym kiedyś doczekać tego typu książki wydanej na kredowym papierze z całym mnóstwem wysokiej jakości kolorowych zdjęć i obrazów, ale zdaję sobie sprawę, że nie było to celem tejże pozycji.

Merytorycznie

Opisano dość zwięźle (w niektórych przypadkach wręcz pobieżne) życiorys każdej z cesarzowych. Niestety naszą Sisi autorka potraktowała bardzo po macoszemu, to bodaj najkrótszy rozdział w całej książce, a w innych rozdziałach odnosi się do niej niezbyt pochlebnie. Być może założyła, że „każdy” już zna jej historię na pamięć, zwłaszcza zważywszy na fakt, że oryginał ukazał się w krajach niemieckojęzycznych. Dla polskiego Czytelnika więcej informacji mogłoby okazać się przydatne. Poza tym zawsze znajdzie się coś, co może zaciekawić mniej zaznajomionych z tematem Czytelników. Niemniej jednak, o ile o samej Sisi znajdziemy niestety niewiele, to już o jej następczyni, Zycie, a także o niedoszłych cesarzowych – Stefanii (żonie Rudolfa) i Zofii Chotek (żony Franciszka Ferdynanda) – już nieco więcej. Najbardziej łaskawie autorka obeszła się chyba z Marią Teresą, „matką Austrii”.

To, co może być zaskakujące, to fakt, że na tle innych cesarzowych Sisi nie wydaje się wcale najbardziej nieszczęśliwą cesarzową wszech czasów…

Na wielki plus są tablice genealogiczne na końcu książki (dołączone do polskiego wydania) – istotnie bardzo łatwo pogubić się w zawiłych losach niektórych cesarzy, którzy mieli więcej niż jedną żonę 🙂

Podoba mi się zapowiedź autorki o kolejnej pozycji książkowej dotyczącej kobiet, które przez przedwczesną śmierć nie miały szansy dostąpić godności tytułu cesarzowej (Anna Burgundzka, Anna Jagiellonka, Maria Anna Bawarska, Izabela Parmeńska, Elżbieta Wirtemberska).

Podsumowując:

Jeśli o cesarzowej Sisi wiecie naprawdę wiele, to ta pozycja raczej nie wniesie do Waszej wiedzy nic nowego. Niemniej jednak możecie dowiedzieć się więcej o innych cesarzowych, z tym że prawdopodobnie Wasza ciekawość nie zostanie zaspokojona, a jedynie rozpalona. Wydaje mi się jednak, że nie mógł być inny cel tej książki – nie sposób w niespełna 300 stronach zamknąć obszerne biografie wszystkich cesarzowych Habsburgów, czyli czterysta lat historii. Przyznam, że nie oczekiwałam zbyt wiele, ale mimo wszystko jestem lekko rozczarowana.

Jeśli macie ochotę na bardziej szczegółowe biografie cesarzowej Sisi i innych kobiet na tronie, to z czystym sumieniem polecam „Królowe Przeklęte”, a także „Kobiety Habsburgów” H. Andicsa – wydane w Polsce w latach 80. Z wielką radością przyjęłabym informację, gdyby wznowiono ich wydanie w pięknej szacie graficznej. Wydanie PRL-owskie ma swój urok, jednak przydałoby się odświeżenie i przypomnienie Czytelnikom, jak świetna to pozycja, zwłaszcza, że zawarto tam wiele ilustracji.

Na sam koniec pragnę jeszcze zaznaczyć, że „Kobiety Habsburgów” są napisane z typowo męskiej perspektywy, przez pryzmat tła historycznego i wojen, a sam autor nie zawsze łaskawie obchodzi się z opisywanymi przez siebie bohaterkami. „Cesarzowe Habsburgów” to według mnie poniekąd odpowiedź na „Kobiety Habsburgów”, wprawdzie mniej wnikliwa, ale za to napisana z perspektywy kobiety. Idealny wstęp dla tych, którzy może jeszcze nie są znawcami historii Habsburgów.

„Trzy dni w Quiberon” – recenzja

Wreszcie! Nowy wpis i to od razu na początku Nowego Roku, a w dodatku o filmie o Romy Schneider, na który od dawna czekałam z utęsknieniem.

„Trzy dni w Quiberon” (2018)

Film „Trzy dni w Quiberon” owiany jest aurą tajemniczości i skandalu. Córka Romy Schneider, Sarah Biasini, zdecydowanie odcina się od tej produkcji i twierdzi, że film przedstawia nieprawdziwy obraz jej matki. Nie mnie to oceniać, bo nie jestem w stanie stwierdzić, czy akcja przedstawiona na filmie odpowiada rzeczywistości. W moim przekonaniu film ten w żaden sposób nie szkaluje Romy Schneider.

Akcja dzieje się na początku lat 80., gdy Romy udaje się do luksusowego kurortu w Quiberon, gdzie ma przejść kurację odnowy biologicznej. Mówiąc bardziej precyzyjnie, chodzi o ścisłą dietę i odwyk od alkoholu, tabletek i papierosów. Niestety Romy, jak to Romy, długo w tym postanowieniu nie wytrwała. Zaprosiła do siebie swoją przyjaciółkę z lat dzieciństwa. Nieoczekiwanie postanawia udzielić wywiadu – i zaprasza również zaprzyjaźnionego fotografa i dziennikarza „Stern”, M. Juergsa, który po latach wyda znaną w Polsce biografię Romy „Zawiedzione marzenia”. To niezwykła sytuacja, ponieważ Romy (w przeciwieństwie do własnej matki) stroni od prasy i zaciekle broni swojej prywatności. Tym razem jednak udziela bardzo szczerego wywiadu. Rozprawia się w nim z „Sissi” i niechęcią niemieckiej publiczności.

Film ukazuje Romy, jaką znam z jej licznych biografii książkowych i filmowych. Romy, jaką wspominają jej przyjaciele. Kruchą, zdesperowaną, oscylującą między beztroską dziecięcą radością a bezbrzeżnym smutkiem, pełną lęków i niepewności o przyszłość. Potrafiącą żyć chwilą podczas beztroskich spotkań z innymi, a jednocześnie niepotrafiącą poradzić sobie z szarą rzeczywistością. Otwartą na kontakt z obcymi ludźmi, a jednocześnie bojąca się rozmowy telefonicznej z własnym synem. Romy pełną skrajności. Kruchą. Podczas oglądania filmu chciałoby się ją po prostu przytulić. Jest pokazana z empatią i życzliwością, dlatego nie zgadzam się z zarzutem, jakoby ten film miał szkalować Romy. Ona sama wyraziła zgodę na wywiad i zdjęcia, które bynajmniej nie pokazują wymalowanej, wystrojonej gwiazdy filmowej, a zmęczoną życiem kobietę bez grama makijażu, w której oczach widać na przemian dziką radość albo ogromne cierpienie.

Jest dokładnie taka, jak reżyser Jacques Ruffio opisał na jej własnym pogrzebie:

Instynkt popychał ją do zachowań ekstremalnych. Była raz płomieniem, raz lodem, była mądra i głupia, wspaniałomyślna i wyrachowana, skłonna do kompromisów i nieprzejednana, radosna i pełna lęków. Nosząc w sobie tyle sprzeczności, miała wszelkie predyspozycje, aby wcielać się na ekranie w najróżniejsze postacie. Nie miała natomiast niczego, co kobiecie potrzebne do spokojnego życia, za którym tak bardzo tęskniła…

Marie Bäumer genialnie wcieliła się w Romy Schneider. Jak sama przyznała w wywiadzie, od lat odmawiała zagrania Romy, chociaż wizualnie bardzo ją przypomina. W końcu jednak się zgodziła. Cudownie naśladuje sposób bycia Romy – jej głos, mimikę, sposób mówienia. I robi to zupełnie naturalnie, bez wymuszenia.

Mówiąc krótko: cieszę się, że ten film powstał. Epizod z rybakiem, który zapytał ją, czy jest Sissi, na co ona odpowiedziała: „Nie, nazywam się Romy Schneider”, a z którym potem śmiała się i tańczyła do muzyki Beatlesów, mogłam wreszcie zobaczyć na ekranie. Wcześniej jedynie czytałam o nim w książce Juergsa (który oczywiście towarzyszył Romy w tej nocnej eskapadzie).

Film jest doskonale zrobiony pod względem wizualnym, nie można od niego oderwać wzroku. Dla niektórych może być zaskakujące, że film jest czarno-biały, ale to zapewne dlatego, że zdjęcia autorstwa Lebecka są właśnie w czerni i bieli, a więc podczas oglądania filmu ma się przed oczami dokładne ujęcia oryginalnych zdjęć z tamtego czasu. Gra aktorska na najwyższym poziomie.

Uważam, że film jest zbieżny z filmową autobiografią, jaki przedstawiono w filmie z 1967 roku („Portrait eines Gesichts”), w którym Romy udzieliła wywiadu rzeki o swoim życiu zawodowym. Już wtedy Romy sprawiała wrażenie rozchwianej, kruchej, niepewnej, zmęczonej życiem mimo młodego wieku. Ten obraz również przedstawiono w czerni i bieli. Dobrym pomysłem byłoby obejrzenie jednego za drugim.

Warto też wspomnieć o filmie „Romy” z 2009 roku, który chyba jeszcze nie został wyemitowany z Polsce. Jessika Schwarz również przekonująco wcieliła się w rolę Romy. Z tym, że film ten ukazuje całe życie aktorki, a „Trzy dni w Quiberon” przedstawiono tylko krótki epizod pod koniec jej życia.

Podsumowując, film jest gratką dla fanów Romy Schneider. Tak, jest smutny, ale to chyba nie jest nowością dla osób, które znają jej biografię. Dla osób postronnych być może będzie nudnym dwugodzinnym seansem. Mimo wszystko bardzo polecam!

Marie Bäumer jako Romy Schneider (2018)

Uwaga!

Jeśli będziesz 18 stycznia w Warszawie, to nie może Cię zabraknąć na Tygodniu Niemieckiego Kina! Reżyserka „3 dni w Quiberon”, Emily Atef, będzie gościem głównym uroczystego otwarcia tegorocznej warszawskiej edycji Tygodnia Filmu Niemieckiego, podczas którego obejrzymy jej najnowszy film „3 dni w Quiberon“. 
Urodzona w 1973 w Berlinie Zachodnim francusko-irańska reżyserka od dziecka zmieniała miejsce zamieszkania – Los Angeles, Francja, Londyn – by osiąść w Berlinie, gdzie w 2008 roku ukończyła Niemiecką Akademię Filmową i Telewizyjną. Nie będzie to zresztą jej pierwsza wizyta w Polsce – swój pełnometrażowy debiut (wielokrotnie nagradzany „Droga Molly“) nakręciła w Wałbrzychu i nie ukrywa, że inspiruje ją polskie kino. 


📍 Kino Muranów
📆 18.01. (piątek), godz. 20:00
🎫 bilety w kasie kina lub na stronie ➡ bit.ly/2RF9qE6

Eugenia i Elżbieta. Cesarzowe, które połączyły tragedie i uroda.

Zapewne niewielu z Was zna cesarzową Francji, Eugenię de Montijo. Była postacią niezwykłą, a jak się okazuje, nie jest nawet w ułamku tak znana, jak Sisi. Dlatego też postanowiłam poświęcić jej kilka słów – zwłaszcza że z Elżbietą łączy ją niejedno. Przedstawiam Wam Jej Cesarską Wysokość, Cesarzową Eugenię.

Czytaj dalej „Eugenia i Elżbieta. Cesarzowe, które połączyły tragedie i uroda.”

Pierwszy post na nowej domenie

Drodzy Czytelnicy,

w związku z likwidacją platformy blog.pl z bólem serca musiałam przenieść mojego bloga (http://www.kaiserin-sissi.blog.onet.pl) na WordPress.com. Z racji ogromu treści, gromadzonej na blogu przez ponad dziesięć lat, z całą pewnością wystąpią problemy techniczne. Mam na myśli głównie układ graficzny – automatycznie przeniesiony z blog.pl – oraz podlinkowanie części obrazków oraz artykułów do starego bloga, który za jakiś czas wygaśnie. W razie problemów ze znalezieniem artykułów, proszę korzystać z opcji Szukaj widocznej po prawej stronie.

Proszę zatem o wyrozumiałość.

Dziękuję i zapraszam do lektury!

Autorka bloga

Przedwojenna biografia cesarzowej

Pamiętam, jaka byłam szczęśliwa, gdy w końcu udało mi się kupić pierwszą biografię Elżbiety autorstwa Cortiego w polskim przedwojennym wydaniu. Nigdy nie zapomnę tego uczucia, gdy po raz pierwszy wzięłam ją w ręce. Kawał historii w moich dłoniach. Na okładce widać jeszcze resztki złocenia wytłoczonego tytułu. Zapach inny niż wszystkie. Pożółkłe, grube stronice, przedwojenna pisownia. Prawdziwy rarytas dla takiego retromaniaka, jak ja (tutaj przeczytacie mój artykuł o międzywojniu)..

.

.

Ogromna szkoda, że wydawca nie podał roku wydania książki, ale był to prawdopodobnie początek lub połowa lat 30. Przekład na język polski zawdzięczamy Zofii Petersowej..

.

.

Widziałam na stronach serwisów aukcyjnych, że późniejsze wydania tej książki były ilustrowane i posiadały bardziej zdobioną okładkę. Mój egzemplarz przetrwał w nadzwyczaj dobrym stanie.

.

.

To historia tym bardziej zasługująca na uwagę, że Wydawnictwo Przeworskiego zlikwidowano po wojnie (1950), a syn twórcy wydawnictwa, Marek Przeworski, został zamordowany w getcie. Wydawnictwu temu zawdzięczamy m.in. mnóstwo książek w przekładzie na język polski, w tym ówczesny bestseller „Przeminęło z wiatrem”, który ukazał się w Polsce zaledwie dwa lata po światowej premierze. Szkoda, że tak tragicznie potoczyły się jego losy… Biografia Elżbiety nie została wydana ponownie po wojnie. .

.

.

Co do samej książki…

Losy Elżbiety opisane są w sposób bardzo przyjemny i wciągający. To tak, jakby słuchać opowiadania starszej osoby. Pewne epizody zostały pominięte lub opisane dość enigmatycznie (jak np. rzekoma choroba weneryczna, którą Franciszek miał zarazić żonę). Zostały one szerzej opisane w najsłynniejszej bodaj biografii cesarzowej autorstwa B. Hamann. W wersji Cortiego Elżbieta jest idealizowana, stylizowana jest na postać legendarną. Podkreślane są zwłaszcza piękne, wzruszające chwile z jej życia. Trudno mieć to autorowi za złe, zważywszy na czas wydania jego dzieła.

Minusem polskiego wydania jest brak przetłumaczonych wierszy Elżbiety – przedstawiono je w oryginale. Wiersze prezentowane są w wersji polskiej w książce autorstwa Hamann. Niemniej jednak należy dodać, że przedwojenna biografia jest o tyle niezwykła, że jej autor miał elitarne kontakty z arystokracją, a ponadto miał dostęp do archiwalnych dokumentów, które nie przetrwały II wojny światowej. Cytowane przez niego wypowiedzi są więc nadzwyczaj cenne..

.

Trudno uznać pierwszą oficjalną biografię cesarzowej  za obiektywną. Trzeba jednak zauważyć, że przez dziesiątki lat (aż do końca lat 90.) była też jedyną na rynku polskim książką o Elżbiecie. To właśnie na niej opierał się reżyser trylogii „Sissi”, Ernst Marischka, który również przedstawił Elżbietę w sposób odbiegający od rzeczywistości..

Mimo wszystko zdecydowanie polecam lekturę tej książki wszystkim fanom Elżbiety oraz okresu międzywojnia.