33 Wielkie Władczynie Europy – recenzja

Kochani,

Na początek wiosny mam dla Was świetną wiadomość – o Sisi można znów przeczytać w polskiej prasie! Niedawno dowiedziałam się o najnowszym numerze Pomocnika Historycznego Polityki poświęconemu władczyniom Europy. Przyznam, że nieco się zdziwiłam, że Sisi włączono do tego grona, ponieważ politycznie wywarła stosunkowo niewielki wpływ na dzieje Europy (w porównaniu z jej towarzyszkami z tego numeru pisma), ale oczywiście bardzo się ucieszyłam, że mogę przeczytać jej kolejną biografię (mimo, że znam ją na pamięć 🙂 )

„Jam mewa, mnie nie trzyma żaden brzeg ni kraina”

Biografia Sisi została nakreślona bardzo treściwie i z dużym wdziękiem, choć korektorzy nie ustrzegli się literówki w nazwie Mayerling. Fanów XIX wieku zainteresują z pewnością rozdziały poświęcone cesarzowej Zycie, Eugenii i królowej Wiktorii.

Cały numer poświęcony jest nie tylko biografiom sensu stricto, ale też przeglądowi sytuacji polityczno-społecznej, w jakiej żyły ówczesne władczynie. Czasem lubimy westchnąć za czasami dawnych królewien i księżniczek, jednak rzadko zdajemy sobie sprawę, że ich życie drastycznie odbiegało od naszych lukrowanych wyobrażeń rodem z baśni.

Przez stulecia uważano, że prawo boskie i naturalne predestynuje mężczyznę do sprawowania władzy, a kobiecość i rządzenie są wzajemnie sprzeczne. Rolą królowej było wyłącznie zapewnienie ciągłości monarchii. A ponadto mała być wierna, dawać przykład cnót chrześcijańskich. Była skazana na rolę drugoplanową. Bezpłodność lub urodzenie wyłącznie córek narażało królowe na unieważnienie małżeństwa lub nawet śmierć. Jednak i to mogło nie wystarczyć – płodne królowe oskarżano czasem o zdradę, a ambitne – o intrygi. Te, którym nie wystarczała tradycyjna rola postrzegane były jako „wilczyce i harpie”. Taki też podtytuł nosi niniejszy numer czasopisma. Przeczytamy więc zarówno o tradycyjnym modelu królowej idealnej – „uświęconej przez macierzyństwo”, zaspakajającej potrzeby męża w „darze porannym” po nocy poślubnej, jak i o rebeliantkach, których sztandarowym przykładem jest nasza Sisi. Znajdziemy nie tylko ciekawe analizy historyczne, ale też mnóstwo pięknych ilustracji, co jest niewątpliwym plusem Pomocnika.

Dłuższe artykuły poświęcone są Elżbiecie I Tudor, Marii Teresie, carycy Katarzynie i Wiktorii. W tym numerze przeczytamy również o polskich władczyniach – św. Jadwidze, Elżbiecie Rakuszance, Bonie, Annie Jagiellonce i Marii Ludwice. Ubolewam, że nie poświęcono im więcej miejsca, jednak być może kierowano się skalą wpływu na dzieje Europy. Nie zabrakło też innych polskich akcentów, jak np. wzmianka o Stanisławie Auguście, kochanku carycy Katarzyny (o czym milczą szkolne podręczniki do historii).

Jedyne, co nie przypadło mi do gustu to coś, co nazwałabym „męskim stylem” tego czasopisma oraz pobrzmiewające między wierszami lewicowe tony, ale taki to już urok Polityki… Niemniej jednak numer ten może stanowić doskonałą zachętę do zgłębiania biografii europejskich władczyń (i nie tylko). Naprawdę warto przeczytać!

PS. Polecam również moje recenzje innych biografii królowych i cesarzowych, których w ostatnich latach bardzo przybyło na polskim rynku wydawniczym, a także poprzedniego numeru Pomocnika poświęconemu Franciszkowi Józefowi.

Czy Franciszek Józef był… nieślubnym dzieckiem?!

Kochani,

zanim wpis, to zachęcam Was serdecznie do wzięcia udziału w dwóch bliskich memu sercu inicjatywach:

Oddanie33

Różaniec do granic czasu

***

Franciszek Karol będąc na urlopie w Ischl wdał się w rozmowę z pewnym rzemieślnikiem, który nie rozpoznał w nim ojca panującego władcy.

– Czy Pan ma synów? – spytał Franciszka Karola.

– Tak. Nawet czterech! – odpowiedział.

– A kim jest Pana najstarszy syn?

– Mój najstarszy syn jest cesarzem. – powiedział zgodnie z prawdą. Poczciwemu rzemieślnikowi usta otworzyły się szeroko ze zdumienia.

– A drugi syn?

– Ten tez jest cesarzem. – miał na myśli Maksymiliana, cesarza Meksyku.

Zaskoczony rzemieślnik wyjąkał:

– Tak, to kim był ojciec szanownego Pana?

– Cesarzem. – odparł skromnie Franciszek Karol, syn cesarza Franciszka.

Poczciwy obywatel dopytywał się dalej:

– A pański dziadek? A brat dziadka? A pański brat?

– Cesarze. Sami cesarze! – odparł Franciszek Karol.

– Skoro tak – wydobył z siebie wystraszony kuracjusz – to może… Pan też jest cesarzem?

– Nie – uśmiechnął się ze smutkiem stary arcyksiążę. – Ja jestem jedynym, który nie został cesarzem. Ale niewiele brakowało, żebym nim został!

Winą, za to Franciszek Karol mógł obarczyć jedynie swoją żonę, Zofię, bo choć korona habsburska mu się prawnie należała, zmuszony był odstąpić jej na rzecz własnego syna.

Warto także dodać, że sama Zofia była przerażona opuszczeniem bliskich, aby wyjść za mąż za Franciszka Karola, który był prostodusznym i bardzo w niej zakochany. Jednak Zofia niezbyt go lubiła, uważała za mało inteligentnego, musiała jednak wyrazić zgodę na to małżeństwo z powodów politycznych. Franciszek Karol zawsze myślał o tym, jak sprawić przyjemność wybrance swego serca, nieustannie kupował jej suknie, płaszcze, biżuterię i ozdoby, co urzekło młodą Zofię.

Niestety, Zofia, która bardzo chciała dać monarchii następcę tronu, wielokrotnie poroniła. Dopiero wielu latach jej marzenie zostało spełnione. Podobno miał jej pomóc pobyt w uzdrowisku w Bad Ischl. Opowiadano, że będąc w ciąży z Franciszkiem Józefem, chlusnęła mężowi gorącą kawą w twarz, twierdząc, że urodzi dziecko pod jednym warunkiem – ułaskawienia pewnego mężczyzny skazanego na śmierć. Jej żądanie zostało spełnione. Wkrótce na świat przychodzi czworo chłopców. Zofia rodzi też jedno martwe dziecko, zaś mała Maria Anna umiera we wczesnym dzieciństwie.

Od najmłodszych lat chłopcy bardzo się od siebie różnili:

Franz był najprzystojniejszy i najinteligentniejszy z braci, był sumienny i pracowity. W wieczory Wigilijne uwielbiał już jako dziecko musztrować swoich wujów-arcyksiążąt.

Maks był romantykiem i marzycielem, nie miał większych szans na tron, pozwalał więc sobie na złośliwości pod adresem starszego brata, uwielbiał spędzać czas w zoo i oranżerii Schoenbrunn.

Karol Ludwik okazał się być inteligentnym, lecz leniwym chłopcem, łakomym i mało ambitnym, interesowały go jedynie sport i polowania, co pozostało mu też w dalszym życiu; podobnie jak Franciszek Józef uwielbiał polować z ojcem na dzikie kaczki i króliki w Laxenburgu.

Ludwik Wiktor był chorowity, słaby i delikatny, ale też bardzo rozpieszczany. Mówi się, że miał skłonności homoseksualne.

Czworo braci Habsburgów

Zofia z Franciszkiem Józefem

Zofia podobno szybko straciła głowę dla męża i obojętność przerodziła się w szacunek, a może nawet miłość, jednak wszystko miało odbywać się pod jej dyktando. Zofia w młodości nie była może piękna, ale miała wiele uroku ze swoimi „loczkami, falbanami i koronkami wprost z cukierkowego obrazka z wieczka bombonierki”. Zofia w tamtym okresie bardzo chciała umocnić swoją pozycję na dworze – a nie wydawszy na świat dzieci – nie spełniała tego podstawowego warunku.

Według dworskich plotek, miało ją wielbić dwóch pięknych kawalerów – Gustaw Waza oraz… Napoleon II, książę Reichstadtu, syn Napoleona Bonaparte i Habsburżanki, Marii Luizy, przystojny bawidamek. Szeptano pokątnie, że dwaj najstarsi synowie są tak naprawdę owocem jej romansu z którymś z tych panów. Skłaniano się przy tym ku przypisywaniu ojcostwa Napoleonowi II.

Jeśli wykonamy odbicie lustrzane portretu cesarza Franciszka Józefa, usuniemy wąsy i zmienimy nieco fryzurę, to otrzymamy następujące zestawienie z portretem księcia Reichstagu. Podobieństwo jest uderzające… Na kolanach księcia siedzi zresztą… sam mały Franciszek Józef!

Franciszek Józef – Książę Reichstadtu

Warto dodać, że Napoleon II zmarł w wieku zaledwie 22 lat. Poniżej widzimy Franciszka Józefa w podobnym wieku. Raczej nie przypomina Franciszka Karola…

Sisi i Franciszek Józef

Według mnie większe podobieństwo widać już jednak między Franciszkiem Karolem a arcyksięciem Maksymilianem.

Badania genetyczne nigdy nie zostały wykonane, pozostają zatem tylko domysły…

***

Choć pierwszy okres życia arcyksiążąt nie był wolny od trosk, dzieciństwo mieli beztroskie i szczęśliwe. Franciszek Karol okazał się nie tylko kochającym mężem, ale też czułym ojcem. Lubił galopować w pokoju dziecinnym z małym Franciszkiem Józefem na grzbiecie, zabierać go do parku, by wspólnie karmić jelenie albo gołębie z okien Hofburgu. Każdego wieczoru chłopcy bawili się w chowanego albo siadywali u stóp matki, która czytała im „Podróże Guliwera”, czy „Szwajcarską rodzine Robinsonów”. Gdy dorośli, rodzice zabierali ich na wycieczki, spacery, czy przedstawienia i wystawy w Wiedniu.

Niedługo po wstąpieniu na tron Franciszka, jego bracia grali w piłkę w Sali arcybiskupa. Ludwik Wiktor niechcący rzucił ją tak, że rozbiła drzwi, przez które wchodziła właśnie ich matka wraz z Franciszkiem Józefem. Winowajca, bliski łez, miał właśnie przepraszać, gdy usłyszał od brata zapytanie o pozwolenie, czy może wraz z braćmi całkiem rozbić tę szybę. Jako pobłażliwa matka i dobra poddana, zgodziła się. Po chwili jej synowie doszczętnie zniszczyli nieszczęsne drzwi pod wodzą cesarza, wyraźnie zadowolonemu z tego dziecinnego psikusa. Zofia nie wiedziała, czy powinna się z tego śmiać, czy płakać. Zastanawiała się tylko, co pomyślałby arcybiskup o tych wandalach. Jej własnych synach!

Romy Schneider, CK Monarchia i… Wawel

Moi Drodzy,

dzisiaj krótka ciekawostka: batonik Danusia (Wawel) swego czasu nosił podobiznę Romy Schneider z jej ostatniego filmu „Nieznajoma z Sans Souci”. Jest to scena, w której główna bohaterka słucha, jak jej syn przejmująco gra na skrzypcach. Rolę tę miał zagrać syn Romy Schneider, David, jednak kilka miesięcy wcześniej zmarł w tragicznych okolicznościach w wieku 14 lat. Scenę tę kręcono wielokrotnie, gdyż każdorazowo doprowadzała Romy do łez. Schneider zmarła kilka miesięcy później. Czy umieszczenie podobizny Romy na opakowaniu Danusi to zabieg świadomy, tego nie wiem, ale pamiętam, jak wiele lat temu przypadkowo zauważyłam to w kolejce do kasy 😉

Niestety obecnie Danusia ma już inne opakowanie, ale podobizna nadal przypomina Romy…

Na stronie marki widnieje następująca historia:

Czekoladowa Danusia ma swoja prawdziwą i romantyczną historię. Wydarzyła się ona na początku lat dwudziestych ubiegłego stulecia. Sam właściciel, Adam Piasecki, zakochał się bez pamięci w swojej – urzekającej urodą – pracownicy, Danusi. Chcąc dać jej dowód swojej bezgranicznej miłości, opracował oryginalną recepturę czekoladowego batonika. Oprócz wyjątkowego smaku, odzwierciadlającego nieskończoną siłę uczucia, nadał mu nazwę na cześć swojej ukochanej – Danusia. Umieszczając na opakowaniu jej portret, nie zostawił żadnych wątpliwości, że w słodkiej czekoladce, zamknął magię miłosnych uniesień i towarzyszących uczuciu emocji.

Oryginalna Danusia

Dom tradycyjny: Adam Piasecki - Król Czekolady

Przedwojenna Danusia

Zachęcam również do odwiedzenia strony Danusi, marki Wawel oraz artykułu prasowego poświęconemu słynnej historii miłosnej. Opakowanie batonika przez lata zmieniało się aż dziewięć razy, wizerunek Danusi też ulegał modyfikacjom. – Dostosowywany był do współczesnych dam. Kobieta na opakowaniu miała więc różne fryzury w zależności od lat, w których pojawiała się na opakowaniu – mówi Leszek Mazan. Co ciekawe, okazuje się, że oprócz oryginalnej Danusi, na opakowaniu była tylko twarz Romy (w latach 2006-2018). Jeśli ktoś z Was orientuje się, jaka historia kryje się za inspiracją umieszczenia portretu Romy Schneider, koniecznie dajcie znać!

Znalazłam jeszcze inną historię inspiracji – tym razem Sienkiewiczowską – z książki „Kraków na słodko” Leszka Mazana (2010):

Zjadłbym cię, Danusiu…
Mówią o niej, że jest – podobnie jak Cecylia Gallerani, czyli mieszkająca od roku 1876 w Muzeum Czartoryskich Dama z łasiczką – najpopularniejszą dziewczyną Krakowa. Piękną Włoszkę – kochankę mediolańskiego księcia Lodovica Sforzy – stworzył boski Leonardo da Vinci, naszą Danusię – producent czekolady Adam Antoni Piasecki. Pierwsza rzuca na kolana urodą, druga smakiem. Obie ponętne, zniewalające, kobiece, uzupełniające się nawzajem. Patrząc na Cecylię, panowie nabierają ochoty na czekoladę. Smak Danusi wywołuje u obu płci nieodpartą potrzebę artystycznych doznań z najwyższej półki. Obie krążą po świecie w milionach egzemplarzy. Obie działają jak afrodyzjak. Obie łączą kobiece tajemnice.

Nie wszystkie sekrety sławnych krakowianek udało się rozwiązać historykom. Wiemy, że Cecylia Gallerani była córką włoskiego kupca, szesnastoletnią, bosko piękną dziewczyną, którą uwiódł był mediolański książę Lodovico Sforza. Ponieważ książę był człowiekiem honoru, wydał potem Cecylię bogato za mąż, a wcześniej (około roku 1490) polecił namalować jej portret z łasiczką – symbolem łatwego porodu. Cecylia była (co,jak twierdzą lekarze, widać na portrecie) w piątym miesiącu ciąży.

Spór o pochodzenie Danusi trwa.
Pierwsza obiegowa wersja łączy jej przyjście na świat z niedawnymi (rok 1910) krakowskimi obchodami 500 rocznicy bitwy pod Grunwaldem i z bestsellerem Krzyżacy Henryka Sienkiewicza. Rozeszła się plotka, ze do opisu bitwy pod Grunwaldem pisarz użył 7000 slow – dokładnie tyle, ile 450 lat wcześniej wawelski kronikarz Jan Długosz, którego ojciec walczył w zwycięskiej bitwie z Zakonem. Pół Krakowa liczyło, czy to prawda, a cały Kraków, podobnie jak bohater powieści Zbyszko z Bogdańca, kochał się w dwórce księżnej mazowieckiej, przetowłosej Danusi.

Zbyszko zobaczył swą przyszłą żonę na lawie karczmy „Pod lutym turem” w Tyńcu. Młódka,która nosiła za księżną nabijaną miedzianymi ćwieczkami lutnię na głowie miała wianeczek, włosy puszczone po ramionach, suknię niebieską, czerwone trzewiki z długimi końcami … Wydawała się małym dzieckiem, ale zarazem przecudnym jakby jakaś figurka z kościoła albo z jasełeczek…

Do opisanego przez Sienkiewicz a spotkania w Tyńcu doszło w roku 1399; w roku 1911 Adam Piasecki postanowił wykorzystać ogromną popularność sienkiewiczowskiej dziewczyny i osobiście stworzył recepturę czekoladki nadziewanej masą grylażowa (był to jego popisowy numer), nadając nowemu wyrobowi imię Danusia („A. Piasecki” – zaklinają się najstarsi krakowianie produkował również baton „Zbyszko”, ale jego śladu nie udało się odszukać w archiwach firmy). I tak rozpoczęła się trwająca do dziś ogromna kariera batonika.

Krzyżacy (1960) - Telemagazyn.pl

Wersja druga jest jeszcze bardziej romantyczna – i z tą legendą utożsamia się dzisiejszy Wawel (w miejscach pełnych czekolady rodzą się historie romantyczne i kolorowe jak witraże Wyspiańskiego). Otóż gdzieś na początku lat dwudziestych Król Czekolady wypatrzył wśród kilkuset swoich robotnic piękną Danusię (najprawdopodobniej, jak większość pracownic, rodem z Krowodrzy) i, mówiąc językiem sycylijskiego Ojca Chrzestnego, „poraził go piorun”. Pan Piasecki dobiegał wtedy czterdziestki, czyli był w wieku, kiedy mężczyznom zdarza się to najczęściej. Danusia, cudowna jak wschód słońca nad wieżą Mariacką, pracowała najprawdopodobniej jako zawijaczka karmelków – dłużej więc mogło na niej spoczywać oko chlebodawcy, podziwiać delikatne rysy, lekko zaróżowione policzki i błąkający się na twarzy tajemniczy uśmiech. Zauroczony tym widokiem pan Adam – według firmowych kronik – chcąc dać pięknej dziewczynie dowód swej miłości opracował oryginalną recepturę czekoladowego batonika. Oprócz wyjątkowego smaku, odzwierciedlającego nieskończoną siłę uczucia nadal mu nazwę – na cześć swojej ukochanej- Danusia. Umieszczając na opakowaniu jej portret, nie zostawił żadnej wątpliwości, że w słodkiej czekoladce zamknął magię miłosnych uniesień i towarzyszących uczuciu emocji.

Chyba od czasu przyjazdu do Krakowa w 1518 roku Bony Sforza, narzeczonej króla Zygmunta I Jagiellończyka, żadna dama nie miała tu tak udanego antrée. No, może tylko wspomniana już wcześniej „Królowa przedmieścia”, czyli piękna Manka, robotnica z Cygar fabryki. Miasto puchło od plotek i leciało do sklepów kupować „Danusię”. Na szczęście dla fascynującej urody Danusi baton był przepyszny, co musiały przyznać nawet najbardziej złe języki. Ale nie mogło być inaczej, skoro Król Czekolady podchodził do batonika z równie wielką miłością jak do dziewczyny, której imię polecił umieścić na obwolucie… Zaraz po przeprowadzce ze Szlaku na Wrocławską, nie licząc się z kosztami zakupił we włoskiej firmie Carle Montanari nową linię do produkcji i formowania nadziewanych czekoladek. .. Wieczna młodość, kondycja i smak „Danusi” były ambicją całej załogi: niech szef wie, jak dbamy o jego sympatię! Te ambicje stały się potem własnością kolejnych pokoleń pracowników Wawelu. Kiedy w roku 1972 na Wrocławskiej zainstalowano sprowadzone z tej samej włoskiej firmy nowocześniejsze linie do produkcji czekoladek nadziewanych, w tym „Danusi”, przez kolejne długie lata maszyny te otaczane były szczególną troską, a nawet sentymentem: jakże to, przecież tu powstaje „Danusia”!

Portret dziewczyny przestawiającej piękną Danusię przez wiele lat wisiał ponoć w korytarzu mieszkania państwa Piaseckich przy ulicy Długiej. Ktoś go potem zdjął ze ściany… Nierozwiązaną do dziś tajemnicą sprzed lat pozostaje reakcja pani Michaliny Piaseckiej na nowy produkt małżonka. Można tylko przypuszczać, że nigdy jej nie smakował. Sympatie krakowian były jednak po stronie Danusi. Wprawdzie on bogacz, a ona wprost przeciwnie, ale jeśli się kochają, a w grę wchodzi uczucie?…

Przy okazji, marka Wawel ma dużo wspólnego z CK Monarchią – oto fragment z częściowo już niedostępnej strony marki Wawel:

Mity i legendy – czekoladki na Cesarskim Dworze

Pod koniec XIX wieku pewien chłopiec, Adaś Piasecki, marzy o zawodzie cukiernika. Kilka lat później rozpoczyna naukę i jako dwudziestoletni młodzieniec, znając już tajniki sztuki, zdaje egzamin czeladniczy. Tak rozpoczyna się historia dzisiejszej marki Wawel. W 1898 roku [w roku śmierci cesarzowej Sisi] swoją pierwszą niewielką cukiernię Adam Piasecki otwiera w Krakowie, w kamienicy przy ulicy Długiej. Początkowo pomaga mu zaledwie pięciu pracowników.
Tradycje firmy cukierniczej Wawel sięgają końca XIX wieku, kiedy to świeżo upieczony czeladnik – Adam Piasecki postanowił założyć w Krakowie pracownię cukierniczą. W tym czasie Franciszek Józef spędzał jedyne naprawdę szczęśliwe chwile w otoczeniu swych licznych wnuków. Dzieci baraszkowały wtedy na dywanie w gabinecie Dziadunia, prosząc go gorąco o wspaniałe słodycze sprowadzane ekstrapocztą z Galicji, z Krakowa. Dobrotliwy Monarcha zawsze spełniał ich prośbę, sam bowiem przepadał za wyrobami Fabryki Piaseckiego. Osobisty kamerdyner Najjaśniejszego Pana – Euglen Ketterl opowiadał, że gdy cesarskie wnuki, podobnie jak cały Dwór, oblizywały palce po czekoladkach i wafelkach, wołając: „Ach, królewski smak!” Monarcha poprawiał je łagodnie: „Nie królewski, lecz cesarsko-królewski”.

File:Franz Joseph Karl Otto of Austria.jpg - Wikimedia Commons

Sissi dla Najmłodszych

Drodzy!

Dzisiaj będzie krótko – chciałam jedynie zasygnalizować, że nasza cesarzowa stała się inspiracją także dla twórców bajek dla dzieci. Na zachodnioeuropejskich rynkach pojawiło się ich bardzo dużo – na polskim – niestety (wciąż) bardzo mało…


Tym bardziej warto tu z całą pewnością wspomnieć o znanym serialu animowanym „Księżniczka Sissi”, nowej włoskiej produkcji Sissi – młoda cesarzowa(emitowanej w 2018 r. przez TeleToon+) oraz książeczkach Wyd. Debit pt. „Młodość księżniczki Sissi” oraz „Księżniczka Sissi” – przepięknie ilustrowanych przez Pierre’a Couronne’a. Te ostatnie to istne perełki! Zostały wydane pod koniec lat 90. – bywają dostępne w bibliotekach, a przy odrobinie szczęścia można je zakupić na popularnych serwisach aukcyjnych.

Adaptacje losów cesarzowej nawiązują nie tylko do wątku miłosnego z Franciszkiem, ale także do zamiłowania Sisi do natury. Wszystkie bajki są przepiękne i z pewnością oczarują nie tylko małe Księżniczki, ale też ich Mamy! 🙂

Przyznam, że nie znam zbyt dobrze wszystkich wymienionych tu bajek, ale wydaje mi się, że śmiało można je polecić. Chętnie poznam Wasze zdanie – dajcie znać w komentarzach! Dodam, że oczywiście także cała trylogia Sissi z Romy Schneider (1955-1957) również może służyć jako piękna baśń…

Jako ciekawostkę dodam fakt, że w animowanej bajce emitowanej przez TeleToon+ pojawiają się… historyczne portrety cesarzowej Sisi, które z pewnością wyśledzi bystre oko oddanych Fanów cesarzowej! Natomiast ilustracje książeczek bezpośrednio nawiązują do trylogii z lat 50.

Serdecznie zachęcam do zapoznania się z powyższymi adaptacjami historii cesarzowej. Jeśli znacie równie ciekawe propozycje dostępne na polskim rynku – koniecznie dajcie znać! 🙂

„Ostatnie dni królowych”

Dzisiaj chciałabym napisać kilka słów o rozdziale poświęconym cesarzowej Elżbiecie w książce pt. „Ostatnie dni królowych” (wyd. Bellona), który mogłam przeczytać dzięki uprzejmości Pani Katarzyny Michnickiej.

Rozdział jest wprawdzie krótki, ale bardzo trafnie nakreśla sylwetkę cesarzowej i jej ostatnich chwil.

Delikatna monarchini chorego imperium, Elżbieta Bawarska, znakomicie uosabia klątwę Habsburgów i siłę mitu łączącego cesarską fantazję i książęcą samotność. Mit tym bardziej oczywisty, że rodzi się w blasku i zakorzenia w tragedii. Współmiernie do egzystencji naznaczonej wieloma paradoksami jej zabójstwo sprawi, że zostanie jedną z tych postaci, które pozostawiły swój ślad w zbiorowej pamięci.

Poniżej kilka mniej znanych faktów związanych z ostatnimi dniami życia cesarzowej, które autor zawarł w książce:

  • Adiutant Franciszka Józefa zauważył, że cesarz był bardzo poruszony, gdy żegnał się z Elżbietą na dworcu, gdy ta wyjeżdżała do Szwajcarii. Miał do niej dołączyć za trzy tygodnie.
  • Elżbieta wyjawia swojej wiernej damie dworu, Irmie Sztaray, że rozważa powrót di religii, ponieważ obawia się śmierci.
  • Dzień przed śmiercią Sisi gościła u baronowej Julii Rotshild. Co zaskakujące, Elżbieta z apetytem pałaszowała wszystkie smakołyki z suto zastawionego stołu. Apetyt dopisywał jej także w dniu śmierci. Przed wyjazdem podpisuje się w księdze gości honorowych swoim węgierskim imieniem. Nie wie, że na poprzedniej stronie widnieje podpis jej tragicznie zmarłego syna Rudolfa… Sisi odmawia baronowej, która chciała użyczyć jej prywatnego jachtu. Odprawia też swoją eskortę. Z tego powodu feralnego dnia wsiada sama z damą dworu na pasażerski statek rejsowy.
  • Mówi się o znakach zwiastujących nieszczęście w rodzie Habsburgów. W poniższej książce przytoczono incydent, w którym czarny kruk wytrąca z dłoni Elżbiety brzoskwinię, co odczytała jako zły omen.
  • Autor książki twierdzi, że Elżbieta „posiadała zdolności medium” i „przewidziała wiele tragedii”.
  • Ostatnie chwile Elżbiety naznaczone były melancholią i romantyzmem. W nocy z 9 na 10 września Sisi nie może spać – nie zasłania ani nie zamyka okien, przysłuchuje się ulicznym pieśniarzom i idzie spać dopiero około godziny drugiej. Wstaje dopiero po godzinie dziewiątej. Jak wiemy, przeważnie wstawała nad ranem… A tuż przed swym ostatnim wyjściem z hotelu Sisi wpatruje się w okno i mówi: „Nigdy nie widziałam Mont Blanc tak wyraźnie…”.
  • Swoim ostatnim podpisem w księdze gości Elżbieta oddała cześć ukochanym Węgrom „Erzsébet Királyné” (Elżbieta Królowa).
  • Wbrew temu, co się powszechnie uważa, Elżbieta nie zmarła zaraz po zadaniu jej śmiertelnego ciosu przez zamachowca. Jej agonia trwała około godzinę. Zmarła w swoim apartamencie w genewskim hotelu Beau Rivage.
  • Swój ostatni list do Elżbiety Franciszek Józef pisze, gdy Sisi już nie żyje. Zwraca się do niej po węgiersku, jej ulubionym języku: „Moja słodka i umiłowana duszo”. Kończy słowami: „Powierzam Cię Bogu, mój drogi aniele i całuję Cię z całego serca. Twój chłopiec”. Mniej więcej pół godziny później docierają tragiczne wieści z Genewy. Wszystkie relacje są zgodne co do tego, że cesarz zapłakał. Nie wiadomo jednak, czy jego słowa brzmiały: „Niczego mi nie oszczędzono” czy też „Nikt nie wie, jak bardzo ją kochałem”.

Wprawdzie zapoznałam się tylko z fragmentem książki, jednak wydaje się, że jest to pozycja godna polecenia. Oczywiście kilkunastostronicowy rozdział nie opisuje szczegółowo losów bohaterki, a jedynie nakreśla biografię. Niemniej jednak z powodzeniem może stanowić wstęp do dalszej lektury. Więcej książkowych inspiracji znajdziecie tutaj.