Pierwszy post na nowej domenie

Drodzy Czytelnicy,

w związku z likwidacją platformy blog.pl z bólem serca musiałam przenieść mojego bloga (http://www.kaiserin-sissi.blog.onet.pl) na WordPress.com. Z racji ogromu treści, gromadzonej na blogu przez ponad dziesięć lat, z całą pewnością wystąpią problemy techniczne. Mam na myśli głównie układ graficzny – automatycznie przeniesiony z blog.pl – oraz podlinkowanie części obrazków oraz artykułów do starego bloga, który za jakiś czas wygaśnie. W razie problemów ze znalezieniem artykułów, proszę korzystać z opcji Szukaj widocznej po prawej stronie.

Proszę zatem o wyrozumiałość.

Dziękuję i zapraszam do lektury!

Autorka bloga

Mój blog na Facebooku!

Drodzy Czytelnicy,

pragnę ogłosić, że właśnie założyłam profil facebookowy (fan page) mojego bloga na najpopularniejszym serwisie społecznościowym. Długo się zastanawiałam, czy ma to sens, ale jednak doszłam do wniosku, że w ten sposób będę mogła dotrzeć do szerszej grupy Odbiorców. A nic nie cieszy mnie tak bardzo, jak rosnąca w siłę liczba Fascynatów cesarzowej Elżbiety 🙂

Zachęcam do polubienia profilu, udostępniania postów, a przede wszystkim – do dzielenia się Waszymi opiniami, ciekawymi linkami i informacjami 🙂

***

*

PS.1. Właśnie odnalazłam mało znany portret cesarzowej Elżbiety – i jestem nim oczarowana… Widziałam już niejeden portret Sisi, ale ten widzę po raz pierwszy. Podoba się Wam? 🙂

*

*

*

PS.2. Właśnie dowiedziałam się, że powieść Allison Pataki o cesarzowej Sisi, o której już zresztą pisałam już jakiś czas temu, niedawno ukazała się w polskich księgarniach. Cóż, mam zastrzeżenia co do polskiej wersji okładki i tytułu, ale pełną opinię wyrażę dopiero po przeczytaniu całości. Darmowy fragment można znaleźć tutaj.

Zachęcam do lektury mojego artykułu i dzielenia się opiniami o tej książce 🙂

*

*

*

Milion odwiedzin!

Drodzy Czytelnicy,

dziś, tj. 10 maja 2015 roku, liczba odwiedzin na moim blogu przekroczyła okrągły milion. Ponad 400 z Was pozostawiło po sobie ślad w Księdze Gości lub w formie komentarzy. Gdy zakładałam bloga w 2007 roku nie przypuszczałam, że spotkam się z takim zainteresowaniem cesarzową Elżbietą z Waszej strony. Choć nie jestem fanką danych statycznych, to mimo wszystko są one wyrazem Waszego zainteresowania tematyką bloga, a także docenieniem mojego wysiłku, jaki wkładam w jego prowadzenie. Brzmi jak pożegnanie? Ależ skąd, wręcz przeciwnie! 🙂 Będę pisała tak często, jak pozwoli mi na to czas i możliwości. Jest jeszcze wiele tematów, jakie koniecznie chciałabym poruszyć, co też uczynię.
Bardzo Wam dziękuję za tak liczne odwiedziny, a także za miłe komentarze oraz e-maile, jakie do mnie wysyłacie, zwłaszcza za wszelką pomoc i nadsyłanie materiałów, z których korzystam w pisaniu notek. W tym miejscu pragnę szczególnie podziękować Agacie za wsparcie i okazaną pomoc 🙂

Pozdrawiam Was bardzo serdecznie!

Jeanne

***

tumblr.com

***

PS. Podpisz petycję ws. ratowania polskich lasów!  

Dziękuję!

***

***

PS. 3. Dnia 8 czerwca obchodziliśmy 148. rocznicę utworzenia Austro-Węgier. Tego dnia ukoronowano Elżbietę na królową Węgier. Już wkrótce napiszę o tym wydarzeniu nieco więcej 🙂

Urodziny cesarzowej Sisi

„O 22:43 wigilijnego wieczoru 1837 roku, przychodzi na świat trzecie dziecko, a druga córka księżny Ludwiki i Maksymiliana Bawarskiego, dziewczynka. Ministrowie stanu, którzy mają być świadkami, wprowadzeni zostają natychmiast do białego buduaru Jej Wysokości, gdzie pokazują im nowonarodzoną księżniczkę. Cały pokój księżnej pełen jest pań i panów. Małą księżniczkę ze wszech stron spotyka należyty podziw, przede wszystkim zaś omawiane jest niesłychane zjawisko, że podobnie jak to miało miejsce u Napoleona dziecko ma już w buzi jeden ząbek. Dworacy skwapliwie tłumaczą to jako szczęśliwy znak, co jeszcze podkreśla fakt, że mała księżniczka jest nie tylko gwiazdkowym podarunkiem niebios, lecz również, że przyszła na świat w niedzielę. 

Królowa Elżbieta Pruska wybrana zostaje na chrzestną matkę i nowonarodzona księżniczka otrzymuje jej imię. Mały aniołek gwiazdkowy przez całe życie zwany jest w gronie rodzinnym Sisi” 

Egon C. Corti – autor pierwszej biografii Elżbiety

Cesarzowa Sisi przyszła zatem na świat w Wigilię Bożego Narodzenia, w niedzielę, a do tego z ząbkiem mlecznym. Wszystko to odczytano jako wyraźny znak z nieba, że nowonarodzona dziewczynka będzie „dzieckiem szczęścia”, czemu sama Sisi poświęciła nawet jeden z wierszy.

Historia pokazała jednak, że Sisi szczęśliwa nie była, ale za to z pewnością była postacią bardzo niezwykłą. Matka Sisi zachowała nawet jej „ząbek szczęścia” i przechowywała go w specjalnym, honorowym pudełeczku. Można go podziwiać na wystawach poświęconych Elżbiecie aż do dnia dzisiejszego.

24 grudnia to dzień niezwykły – wigilia Bożego Narodzenia, a w tym roku 177. rocznica urodzin cesarzowej Elżbiety. Z okazji Świąt pragnę życzyć Wam, drodzy Czytelnicy, wszystkiego, co najlepsze – Radosnych Świąt, rodzinnej atmosfery przy świątecznym stole, szampańskiej zabawy w Sylwestra, spełnienia marzeń, wszelkiej pomyślności i optymizmu w Nowym Roku 2015!

***

Apropos świąt… W krajach niemieckojęzycznych „tradycyjnie” na święta emituje się trylogię „Sissi” – a w Polsce „Kevina” (i kilka innych znanych produkcji). W tym roku również i ja obejrzę niezastąpioną Romy Schneider w jej chyba najbardziej znanej roli. Filmy te, jakkolwiek przesłodzone i mało realistyczne, są idealne na święta – pozwalają na nowo uwierzyć w piękno, prawdziwą miłość i to, że dobro zawsze zwycięża, a przy tym są okraszone solidną dawką dobrego humoru. Nie wspominając już o stronie estetycznej, która została dopracowana aż do granic możliwości. Zatem wesołych świąt i przyjemnego seansu z Romy Schneider!

(Żródło: http://stream1.gifsoup.com/view2/2295811/sissi-e-franz-o.gif

Obrazki nie są moją własnością, zostały wykonane przez autora strony: http://beyondthegoblincity.tumblr.com/post/37085602428/romy-schneider-in-the-sissi-trilogy-1955-1957   

„Zabić Arcyksięcia” – o dozgonnej miłości i zamachu w Sarajewie

Dawno, dawno temu zaczyna się taka oto bajka: dziarski młody książę, następca tronu, poznaje zubożałą młodą damę, która wdziękiem i urodą kradnie mu serce. Oczarowany, zabiega o nią wbrew woli swej potężnej rodziny, która uznaje ją za nieodpowiednią kandydatkę na przyszłą cesarzową. Romans rozkwita na przekór wszystkim przeciwnościom losu i książę poślubia swą ukochaną. Para wiedzie sielankowe życie z dala od krytycznie nastawionego dworu, na którym wszyscy strzępią sobie języki, potępiając ich działania. Małżonkowie postanawiają wydrzeć cynicznemu światu osobiste i miłosne spełnienie, o które tak szlachetnie walczyli.

*

Tak zaczyna się książka G. Kinga i S. Woolmans „Zabić arcyksięcia”, którą przeczytałam niemal jednym tchem – w końcu nie często zdarza się, aby na polskim rynku wydano ciekawą pozycję o Habsburgach.

Brzmi niczym bajka o Kopciuszku i jej wspaniałym księciu, a jednak to zdarzyło się naprawdę. Mowa bowiem o arcyksięciu Franciszku Ferdynandzie, następcy tronu Astro-Węgier, i jego niższej stanem, ukochanej nad życie żonie, hrabiance Zofii von Chotek

W tej bajce było wszystko: uroczy i ubogi Kopciuszek o dobrym sercu, bogaty i zakochany w nim książę, który poświęcił wszystko, by móc go poślubić, batalia o miłość na przekór wszystkim konwenansom, była nawet dobra wróżka (macocha Franciszka Ferdynanda, Maria Teresa) i zła macocha (arcyksiężna Izabela, która chciała wyswatać go z własną córką, a dowiedziawszy się o jego prawdziwych zamiar, latami perfidnie mściła się na młodej parze), a nawet jawnych wrogach (sam cesarz Franciszek Józef, książę de Montenuovo – notabene sam będący dzieckiem małżeństwa morganatycznego, znakomita część dworu wiedeńskiego i arystokracji), był piękny bal, przetańczony przez parę zakochanych, wreszcie cudny ślub i narodziny trójki pięknych, zdrowych dzieci…  Jednak to bajka bez szczęśliwego zakończenia.

Szczęście zakochanych przerwały na zawsze kule wystrzelone 28 czerwca 1914 roku w Sarajewie – zostały wymierzone w arcyksięcia Franciszka Ferdynanda i Zofię. Kule wystrzelone w Sarajewie zabrały trójce dzieci ich kochających rodziców, zapoczątkowały wiek ogromnych zmian i masowej rzezi na nieznaną dotąd skalę. Śmierć żadnych dwóch osób nie doprowadziła do tak wielkich cierpień i strat. Bale, rauty, wystawne toalety przeminęły z wiatrem, a ich miejsce zajęły karabiny, gaz musztardowy, okrutna wojna. La Belle Époque przeminęła i już miała nigdy nie wrócić…

Któż z nas nie uczył się w szkole o zamachu w Sarajewie? Ale kto z nas tak naprawdę wie, kim był zamordowany arcyksiążę, jego żona i dlaczego doszło do tego tragicznego wydarzenia? Na te pytania odpowiadają autorzy wymienionej wyżej książki.

 

Zacznijmy od początku. Franciszek Ferdynand był synem Karola Ludwiga, brata Franciszka Józefa. Nikt nie spodziewał się, że zostanie następcą tronu – w kolejce przed nim był bowiem nie tylko Rudolf, lecz nawet jego własny ojciec. Los jednak sprawił, że nieoczekiwanie Franciszek Ferdynand stanął oko w oko z perspektywą objęcia tronu po Franciszku Józefie. Ten przeniósł swoje antypatie, jakie żywił w stosunku do własnego syna, na jego następcę. Jak się miało później okazać, Franciszek Ferdynand również zginął od kuli, nie doczekawszy objęcia tronu, w wątpliwych „przypadkowych” okolicznościach, dokładnie tak samo jak Rudolf… Franciszek Ferdynand czuł, że cesarz obwinia go za śmierć Rudolfa, traktuje go tak samo obojętnie, odsuwając od wszelkich obowiązków, odpowiedzialności i wpływu na decyzje polityczne. Tych dwoje nigdy nie połączyła nić sympatii, czy porozumienia.

Ferdynandowi udało się jednak nawiązać przyjazne stosunki z cesarzową Sisi. Wspierała w pragnieniach podróżowania po świecie, wyjednała mu niejedno u cesarza.  Po śmierci Rudolfa Sisi miała mu odradzać małżeństwo z Wittelsbachówną: „Nie rób tego, Franciszku, poszukaj sobie innej krwi. Wbrew wszystkiemu radzę ci: ożeń się tylko z taką, którą kochasz, i to nie z naszej krwi, bo w przeciwnym razie będziesz mieć szpetne dzieci!”. Franciszek Ferdynand gorąco żałował, że nie dożyła sędziwego wieku i nie wspierała go w jego matrymonialnych dążeniach poślubienia ukochanej kobiety…

Bohater naszej baśni nie był z pewnością klasycznym księciem –  niezbyt przystojny, zamknięty w sobie indywidualista, bardzo pobożny, wrażliwy choleryk, bardzo chorowity i z tego powodu nagminnie odsuwany od władzy i sprawowania funkcji reprezentatywnych na rzecz swojego młodszego brata Ottona, prowadzącego bardzo niemoralny tryb życia.  A jednak to właśnie ten człowiek miał zasiąść na tronie i sprawić niesamowite zamieszanie swoimi zamiarami matrymonialnymi…

Arcyksiążę zakochał się bowiem ze wzajemnością w czeskiej arystokratce, damie dworu arcyksiężnej Izabeli, Zofii von Chotek. Mimo szlachetnych korzeni, nie była partią „godną” poślubienia Habsburga. Obydwoje zakochali się w sobie na zabój. Romans kwitł niezauważony przez otoczenie aż do momentu, w którym Izabela znalazła zegarek Franciszka, w którym ukryta była miniatura hrabianki Zofii. Izabela sama miała zamiar wyswatać swoją córkę za następcę tronu i uczynić ją cesarzową Austrii. Oszalała z wściekłości wyrzuciła Zofię z dworu, a nawet nie omieszkała poskarżyć się cesarzowi na ten „bezecny czyn”.

Zofia von Chotek,

późniejsza księżna von Hohenberg

*

Franciszek Ferdynand rozpoczął formalne zmagania z machiną dworskiej etykiety, by doprowadzić do swego małżeństwa. Oburzony takim pomysłem cesarz miał powiedzieć: „Nie, takie małżeństwo jest niemożliwe! Nigdy się na nie nie zgodzę! Miłość odbiera ludziom wszelkie poczucie godności”. Postawił mu ultimatum: albo korona cesarska albo mezalians i dał nawet Ferdynandowi rok namysłu. Ten jednak nie chciał ani słuchać, ani wybierać, gdyż był przekonany, że od Boga należy mu się zarówno władza, jak i prawo do miłości ukochanej kobiety.

„Wreszcie odnalazłem kobietę, którą kocham i która do mnie pasuje, a oni robią mi trudności z powodu jakiegoś drobnego defektu w jej drzewie genealogicznym, ale ja to przezwyciężę!” – powiedział któregoś dnia.

Dzisiaj mało kto wie, co oznacza słowo ‘mezalians’, a książęta żenią się z pasterkami (wystarczy chociażby przywołać księcia Williama i Kate Middleton) – czy to dobrze, czy źle… nie mnie oceniać, lecz dla Franciszka Ferdynanda i jego wybranki był to związek z prawdziwej miłości – mówi prawnuczka Franciszka Ferdynanda, Sophie von Hohenberg.  Wywiad z nią można przeczytać również na stronie:  

http://historia.newsweek.pl/zamach-w-sarajewie-i-wojna-swiatowa-arcyksiaze-franciszek-ferdynand-austro-wegry-newsweek-pl,artykuly,285005,1.html 

***

Małżeństwa morganatyczne nie należały jednak do rzadkości. Wystarczy choćby wymienić: Wiktora Emmanuela II, który ożenił się ze swoją kochanką, podobnie uczynił car Aleksander II, wielki książę Michał Michajłowicz, a także eks-król Wielkiej Brytanii, Edward VIII, który za nic na świecie nie chciał zrezygnować z ukochanej Wallis Simpson i dla niej zrzekł się korony.

Przypadki takie zdarzały się też u Habsburgów, czasem były bardziej lub mniej tolerowane, jednak mezalians następcy tronu – w opinii cesarza i dworu – wołał wręcz o pomstę do nieba. Utożsamiano go z grzechem śmiertelnym, nieuchronnymi kłopotami i nieszczęściami. Tragiczny los Franciszka Ferdynanda i Zofii zdaje się „potwierdzać” tę wizję, aczkolwiek jestem przekonana, że to nie sam akt zawarcia morganatycznego małżeństwa, lecz tylko i wyłącznie zła wola ludzi przyczyniła się do ich osobistej tragedii, jak i też do kryzysu politycznego Europy. Ale o tym za chwilę…

To, co zaczęło się dziać od momentu ujawnienia uczucia Ferdynanda do hrabianki przeszło najśmielsze oczekiwania nawet sceptyków monarchii. Posunięto się do każdej możliwej podłości wobec Zofii, by nie dopuścić do tego małżeństwa – m.in. były to: pogróżki, szantaże, groźby, czy haniebne oczernianie Zofii („nierządnica łasa na koronę cesarzowej”). Arystokracja chciała się zemścić, że następca tronu wybrał sobie na żonę kobietę spoza grona godnego mariażu z Habsburgami.

Po stronie młodej pary opowiedział się sam papież Leon XIII, a nawet o dziwo, Stefania – żona zmarłego Rudolfa, która sama wyszła ponownie za mąż, popełniając mezalians, wreszcie odnajdując upragnione szczęście w małżeństwie. Natomiast jej córka, Erzi, była jedną z najbardziej zagorzałych przeciwniczek Zofii i nie przepuściła żadnej okazji, by sprawić jej przykrość. Wydaje mi się, że Sisi poparłaby Franciszka Ferdynanda i jego narzeczoną, ale kto wie…

Dwór i Franciszek Józef stają w jawnej opozycji, nie kryjąc nie chęci wobec przyszłej żony Ferdynanda, knując godne pogardy intrygi. Zmieniono nawet statuty rodowe Habsburgów, ponieważ jak dotąd wymagania szlachetnego, godnego Habsburgów urodzenia miała spełniać jedynie narzeczona następcy tronu, ale już nie cesarza – jego wybranka stawała się automatycznie cesarzową, bez względu na swoje pochodzenie. Potajemnie mieniono ten zapis, gdyż podejrzewano, zresztą całkiem słusznie, że Ferdynand odczeka kilka lat do śmierci cesarza, by moc pełnoprawnie poślubić Zofię i uczynić ją pełnoprawną cesarzową, a ich dzieci następcami tronu. A do tego nikt nie chciał dopuścić. Cesarzowe mogły być podłe, brzydkie, chorowite, niemoralne, ale musiały pochodzić z odpowiedniego rodu. Arystokratka o mniej chwalebnym pochodzeniu nie mogła nawet marzyć o tym zaszczycie, choćby była najszlachetniejsza, najbardziej pobożna i inteligentna spośród innych kandydatek…

Nie pomógł nawet podstęp, do którego posunął się Kościół, aby powstrzymać arcyksięcia (Sophie była skłonna zrezygnować z miłości przed gniewem niebios, jaki mogłaby na siebie i przyszłego męża ściągnąć, jednak uwaga biskupa o przywdzianiu przez nią habitu, aby nie było już odwrotu od tej decyzji umożliwiła jej przejrzenie intencji Kościoła).

„Nie mogę poślubić nikogo innego i nigdy tego nie zrobię, gdyż budzi to we mnie odrazę i nie jestem w stanie związać się z nikim bez miłości, unieszczęśliwiając siebie i tę kobietę, gdy moje serce należy i zawsze będzie należało do hrabianki Zofii. Ten ogień płonie we mnie od 5 lat. Nigdy nie zgaśnie” – argumentował swoje stanowisko zakochany Ferdynand.

Dla starego cesarza dynastia Habsburgów była „skałą trwającą pośród rozszalałych fal”, jedyną oporą i stałym punktem w niepewnych czasach. Dopóki istnieje dynastia, dopóty istnieje Austria. I oto właśnie ta hrabianka Chotek miałaby zburzyć ten ład, zagrozić dynastii ustanowionej po wsze czasy – tak to wyglądało z perspektywy Franciszka Józefa.

W 1900 roku cesarz przystał w końcu na jego błagania, oczywiście pod warunkiem, że będzie to małżeństwo morganatyczne – tzn. ani jego żona, ani dzieci i ich potomkowie, nie będą mogły nigdy rościć praw do tytułów i korony cesarskiej i królewskiej Austro-Węgier. Sophie nigdy nie mogła zostać cesarzową, przysługiwało jej ostatnie miejsce po arcyksiężnych i tytuł księżnej von Hohenberg, zaś jej dzieci nie mogły mieć prawa do tronu. Franciszek Józef nie mógł pojąć „głupoty” swego bratanka i odtąd pałał do niego jeszcze większą niechęcią niż na samym początku. „Mam nadzieję, że nigdy nie będziesz tego żałował” – miał mu powiedzieć dnia, w którym oznajmił mu swoją ostateczną decyzję.

„Wyglądało na to, że przywołuje on przeciw Ferdynandowi wszystkie przekleństwa nieba i ziemi na wypadek, gdyby miał on kiedyś nie dotrzymać złożonej przysięgi. Następca tronu stał o krok przed murem stłoczonych świadków; jak oskarżony w czasie ogłaszania wyroku. Powtarzał formułę ze ściśniętym gardłem. Jeżeli w głosie cesarza dał się słyszeć gniew, to w głosie następcy można było usłyszeć wściekłość. nie zapomni on, ani nie wybaczy nikomu spośród tych, którzy przyczynili się do jego upokorzenia. Panował nastrój jak przy wypowiedzeniu wojny! Cesarz i następca tronu rozstali się jako wrogowie na resztę życia. Musiał to odczuć każdy z obecnych, a niebawem całe państwo miało to nie tylko odczuć, lecz i zauważyć”.

Franciszek Ferdynand musiał złożyć uroczystą przysięgę przed dostojnikami Austro-Węgier, przysięgając na krucyfiks. Jako głęboko wierzący katolik nigdy nie miał zamiaru złamać tej przysięgi. Chciał szczęścia dla swojej ukochanej i przyszłych dzieci – a nie wątpliwego splendoru korony Austro-Węgier. Sam zresztą przyznał, że: „Korona Habsburgów to korona cierniowa, której nie powinien pragnąć nikt, kto się do niej nie urodził. Nigdy nie będę rozważał unieważnienia przysięgi!”.

Mimo upokorzenia wynikającego z przysięgi, był przeszczęśliwy, że wreszcie będzie mógł pojąć za żonę kobietę swoich marzeń. Obydwoje byli w sobie zakochani do szaleństwa przez wszystkie lata swej znajomości – wręcz uwielbiali się. 

Ferdynand okazał się niezmiernie czułym i kochającym mężem i ojcem. Gdy Zofia powiła ich pierwsze dziecko, nazwaną na cześć matki Zosią, Ferdynand był zachwycony i codziennie obsypywał ukochaną żonę różami, był bardzo przejęty jej stanem zdrowia po trudnym porodzie.

Wkrótce na świat przyszło dwóch chłopców, Max i Ernst. Niestety czwarte dziecko pary, również chłopczyk, urodził się martwy. Mimo tego nieszczęścia i wielu przykrości, na jakie byli narażeni z racji swojego statusu wynikającego z małżeństwa morganatycznego (w tym nieustannych obelg kierowanych pod adresem Zofii, co zawsze bardzo martwiło Ferdynanda), byli bardzo zżytą, kochającą się rodziną.

Obydwoje rodzice byli czynnie zaangażowani w wychowywanie ich dzieci, spędzali razem mnóstwo czasu, w tym także uprawiali różne dyscypliny sportowe, zapewniając trójce swych pociech cudowne, beztroskie dzieciństwo. Można przyrównać te warunki do beztroskiego Possenhoffen, w którym wychowała się cesarzowa Sisi. Trzeba przyznać, że na tamte czasy byli bardzo nowoczesną rodziną, która jednak pozostała wierna religii i wartościom moralnym.

Zofia, jak zawsze głęboko wierząca, ze spokojem znosiła wszystkie przeciwności losu, wspierała swego męża i czyniła wszystko, co w jej mocy, aby go uszczęśliwić.

„Moja Zosieńka jest dla mnie całym światem. Jest moją radością i moją przyszłością. Zwyczajnie nie potrafię sobie wyobrazić życia bez niej! (…) Nie wiem, jak dziękować Bogu za całe to szczęście (…) Małżeństwo z Zofią było najmądrzejszą rzeczą, jaką kiedykolwiek zrobiłem. Ona jest dla mnie wszystkim – żoną, doradczynią, lekarką, przyjaciółką – słowem: całym moim szczęściem (…) Kochamy się równie mocno jak pierwszego dnia po ślubie i nic nawet przez sekundę nie psuło nam tego szczęścia (…) Dzieci są całą moją radością i dumą. Siedzę przy nich cały dzień i podziwiam je, bo tak bardzo je kocham!” – pisał w listach zachwycony następca tronu.

Niestety nie zachowała się większa część korespondencji pary z czasów młodości, lecz nawet z tych listów, pisanych po kilku latach małżeństwa widać, jak bardzo Ferdynand był szczęśliwy w związku z Zofią. Choć brakło mu osobistego uroku i daru zjednywania sobie ludzi, uprzejmości, co bardzo ceniono w Austrii, pod fasadą ponurości i wiecznej powagi krył się czuły i oddany mąż i ojciec. Liberał formatu Rudolfa, pragnący przeprowadzenia reform w podupadającym cesarstwie. Nigdy nie ukrywał, że wręcz szalał za swą żoną i dziećmi i nie szczędził pieniędzy na obsypywanie ich kosztownymi podarunkami (Zofii kupował m.in. biżuterię). W przeciwieństwie do Franciszka Józefa, Ferdynand cenił nowoczesne wynalazki – jego siedziba rodowa w Konopischt stała się dzięki niemu najnowocześniejszym zamkiem Europy (elektryczność, wodociągi, wyposażenie).

Jego młodszy brat również popełnił mezalians, choć wcześniej jawnie potępił brata i nawet nie chciał poznać osobiście Zofii. Ferdynand nie wybaczył mu tego. Był bardzo wrażliwy na punkcie szacunku dla jego żony, co ostatecznie stało się elementem przetargowym na arenie politycznej – dwór Rumunii oraz cesarz Wilhelm II podejmowali Zofię jak cesarzową, czym zaskarbili sobie ogromną przychylność Ferdynanda. Para zdobyła nawet serca pary królewskiej Wielkiej Brytanii, królowej Marii i Jerzego V.

Tymczasem – wbrew plotkom – Zofia wcale nie zabiegała o splendory i w pokorze znosiła nieprzyjemności, jakich doznawała w Wiedniu. Była zawsze w zupełności oddana mężowi i dzieciom, pogodna, radosna i szczęśliwa, że jest żoną Ferdynanda – była ucieleśnieniem ówczesnego ideału żony. Ostatecznie została przez cesarza awansowana na księżnę von Hohenberg, ale i tak była to przepaść dzieląca ją od jej własnego męża, z którym wedle protokołu nie mogła siadać razem przy stole, towarzyszyć mu w operze, podczas manewrów wojskowych i szeregu innych wydarzeń.

Ferdynand planował dodanie królestwa Słowian Południowych, Słoweńców i Chorwatów, lecz spotkało się to z potępieniem cesarza („To byłoby świętokradztwo!” – miał wykrzyknąć przerażony Franciszek Józef). Ostatecznie zdecydował się zatem na utworzenie luźnej federacji stanów, na wzór USA, opierającej się na lokalnej autonomii, pod zwierzchnictwem z Wiednia. Snuł też marzenia o sojuszu z Rosją i Niemcami. Jego plany nigdy nie spotkały się z aprobatą cesarza. Postępował z nim podobnie jak z Rudolfem – zbywał go, ignorował i nie dopuszczał do władzy.

Otto, syn ostatniej cesarzowej, Zyty, powiedział kiedyś: „Franciszek Ferdynand uratowałby cesarstwo i wzmocniłby monarchię, gdyby przeżył i mógł urzeczywistnić plany”.

Rok 1913 przyniósł wyraźne poczucie nieuchronnych zmian – choćby dzięki frywolnemu tangu, zyskującemu coraz większą popularność, czy koszmarnej katastrofie Titanica. Kolejny rok przyniósł wybuch I wojny światowej….

Wbrew temu, co twierdzono, Franciszek Ferdynand był przeciwny wyjazdowi do Sarajewa, zwłaszcza, że istniały jawne przesłanki o niemal 100% pewności, że dojdzie do zamachu. Przewidywał swoją śmierć i wielokrotnie prosił o zmianę decyzji cesarza, ale jej nie uzyskał.

Miał wówczas, przed wyjazdem, powiedzieć do Karola, swojego bratanka i przyszłego cesarza Austrii: Wiem, że niebawem zostanę zamordowany. W moim biurku są papiery, które dotyczą ciebie. Gdy się to stanie, zabierz je. One są dla ciebie. Mówię to poważnie. Poza tym wszystko jest już przygotowane, [mój] grobowiec jest już gotowy.

Zarówno on, jak i Zofia, byli świadomi ryzyka, lecz nie mogli odmówić rozkazom cesarza. Franciszek Ferdynand bał się o ukochaną Zofię, nie chciał, by mu towarzyszyła, ale ta nie chciała nawet o tym słyszeć. Chciała być przy mężu przez cały czas – aż do końca. Można powiedzieć, że oboje pojechali do Sarajewa na pewną śmierć. Jeszcze kilka lat przed wyjazdem, świadomy konsekwencji mezaliansu, Ferdynand wybudował ich wspólny grobowiec w zamku Arstetten, aby mogli na zawsze spocząć obok siebie. „Możesz powiedzieć wszystkim, że nawet śmierć nas nie rozłączy” – powiedział żonie pełen dumy. Dobrze, że pomyślał o tym zawczasu, ponieważ w przeciwnym razie on musiałby spocząć w krypcie Kapucynów w Wiedniu, natomiast Zofia w innym miejscu…

Jeśli chodzi o sam zamach, to trzeba wyraźnie podkreślić, że ze strony austriackiej zaniedbano wszystkich możliwych środków pod katem bezpieczeństwa tej pary w Sarajewie. Jej data, 28 czerwca, dzień św. Wita, serbskie święto nacjonalistyczne, wręcz nawoływało zamachowców do sięgnięcia po broń. Historycy podejrzewają współudział samej Austrii, która wręcz rażąco zaniedbała środki bezpieczeństwa (m.in. zupełny brak ochrony i wojska podczas wizyty w Sarajewie, zlekceważenie pierwszej próby zamachu i przejazd dokładnie tą samą trasą, jaką samochód jechał wcześniej, mijając szereg zamachowców…), jak i carskiej Rosji – sojusznika Serbii. Oczywistym jest udział serbskich zamachowców działających z ramienia Czarnej Ręki, „patriotów, walczących o wolność ojczyzny”. Niestety do dziś wielu Serbów uznaje Gawriła Principa za bohatera narodowego Serbii…

Jeszcze kilka godzin przed tragedią Ferdynand wyraźnie nalegał na anulowanie wizyty, bezskutecznie. Oboje byli niemal pewni najgorszego. „Pewnie poślą nam dziś jakąś kulę” – miał powiedzieć Ferdynand do żony tego feralnego dnia. Bał się o nią, ale ta wyraźnie nalegała, by być z nim razem cały czas…

Zdjęcie wykonane tuż przed zamachem

Śmierć spotkała ich tuż przed godziną 11 w piękny, słoneczny dzień 28 czerwca 1914 roku, w 14. rocznicę złożenia przysięgi o zrzeczeniu się praw do korony Zofii i ich dzieci. Pocieszające jest to, że zginęli stosunkowo szybką śmiercią (wskutek obfitego krwotoku wewnętrznego spowodowanego ranami postrzałowymi). Umarli razem. Niemal w tym samym czasie. Wielka miłość zawarła się również w ostatnich słowach umierającego od śmiertelnego strzału arcyksięcia: „Zosieńko, Zosieńko, nie umieraj, zostań dla naszych dzieci!”.

Nikogo ta tragedia nie dotknęła bardziej niż dzieci zamordowanej pary. Ich beztroskie dzieciństwo zostało brutalnie przerwane.  Córka Ferdynanda i Zofii wyznała: Bóg chciał, by Mama i Tata dołączyli do niego jednocześnie, bo nie mogliby bez siebie żyć, ani Mama bez Taty, ani Tata bez Mamy. Na pewno miała całkowitą rację, gdyż oboje nie widzieli za sobą świata…

***

Śmiertelnie rannych nie odwieziono jednak do szpitala, lecz – nie wiadomo dlaczego – do ratusza, gdzie zmarli, nieopodal stołów zastawionych butelkami szampana na cześć przybycia pary do Sarajewa…

Numer rejestracyjny samochodu, w którym jechali, brzmiał: A111-118 – i zawierał w sobie datę zakończenia I wojny światowej (11.11.1918), którą zapoczątkował zamach w Sarajewie…

 

Rozchodzą się plotki o klątwie rzuconej na Habsburgów przez matkę straconego w początkach panowania Franciszka hrabiego Batthyany’ego (wcześniejszego premiera Węgier), wzywającej niebiosa i moce piekielne, by zniszczyły cesarskie szczęście i zmiotły z powierzchni ziemi jego rodzinę.  Prasa zamieszcza listę nieszczęśliwych i nagłych śmierci Habsburgów, m.in.: samobójstwo Rudolfa, śmierć w płomieniach siostry Sisi, Sophie, rozstrzelanie cesarza Maksymiliana, fatalny upadek Wilhelma Franciszka, zaginięcie na morzu arcyksięcia Jana, samobójstwo Ludwiga II, śmiertelny papieros arcyksiężniczki Matyldy, którym się podpaliła, śmierć cesarzowej Elżbiety, zamach na arcyksięcia Ferdynanda i jego żonę… 

Podobno dynastia Habsburgów, była ostrzegana o nadchodzącej tragedii także przez stado dużych białych ptaków krążących z krzykiem po niebie. Widziano je podobno przed podwójnym samobójstwem arcyksięcia Rudolfa w Mayerling, śmiercią cesarzowej Sisi, a ostatni raz właśnie przed zamachem w Sarajewie. 

Faktem jest, że Austro-Węgry nie płakały po śmierci nielubianej pary, której zupełnie niesprawiedliwie przypisywano najgorsze przymioty i zamiary. Zamach na dworze odebrano wręcz jako… ulgę. Chyba nikt nie przypuszczał, co tak naprawdę się stało. W najśmielszych snach cala ówczesna śmietanka towarzyska, tak oburzona tym mezaliansem, nie sądziła, że ich śmierć stanie się zarzewiem krwawej rzezi i upadkiem trzech wielkich mocarstw (Rosji, Prus, Austro-Węgier)…

Nawet po śmierci pary uczyniono absolutnie wszystko, co możliwe, by ją zdyskredytować, ośmieszyć, upokorzyć, a nade wszystko podkreślić nierówny status małżonków… w Wiedniu odprawiono jedynie króciutkie nabożeństwo żałobne w niewielkiej kaplicy, uniemożliwiając wizyty tłumów poddanych, nie zapraszając na uroczystości monarchów Europy i świata, podkreślono niższość stanu zmarłej Zofii. Nawet po jej śmierci nie chciano oddać hołdu kobiecie, która naprawdę oddała życie za ojczyznę. Nie dołączono trumny z jej ciałem do trumny jej męża, zmarła morganatyczna żona pozostała z polecenia księcia Montenuovo na stacji kolejowej, nie zaś w kościele. Dopiero interwencja Karola u cesarza doprowadziła do odprawienia wspólnej mszy za dusze obojga zmarłych. Podczas ceremonii pogrzebowej trumna hrabiny stała poniżej trumny męża. Nie przyznano jej insygniów, z wyjątkiem rękawiczek i wachlarzem damy dworu, oznak dam dworu…

W pogrzebie nie uczestniczyły żadne koronowane głowy. Cesarz wymówił się słabym zdrowiem, które nie pozwoliłoby mu być gospodarzem, innym przyjechać nie pozwolono, gdyż obawiano się dyskusji o postawie Austrii wobec Serbii. Ceremonie pogrzebowe w Wiedniu ograniczono do jednego dnia. Franciszek Józef wziął udział we mszy w Wiedniu za dusze zmarłych, jednak nie okazał nawet cienia wzruszenia, czy szacunku, sprawił wrażenie, jakby musiał tam być, gdyż tak wypadało. Gdy msza dobiegła końca, odwrócił się szybko i nie spojrzawszy nawet na trumny, wyszedł z kaplicy.

Maria Waleria zanotowała: Przy całej trosce o to, jak papa zniesie nowy wstrząs, zdawałam sobie sprawę z tego, że jest to dla niego tylko podniecenie, nie ból.  Nie sposób tu również nie wspomnieć o osobistej niechęci cesarza do Ferdynanda, który po jego śmierci miał powiedzieć: „To straszne. Nie można kusić Wszechmogącego! Siła wyższa znów przywróciła porządek, którego ja nie umiałem utrzymać!”.

 Chciano przewieźć zwłoki „w nocy, po cichu”, jednak nie zgodziła się na to arystokracja. Wyrazem szacunku dla zmarłej pary było nieproszone dołączenie około 100 przedstawicieli arystokratycznych rodów w galowych mundurach, którzy odprowadzili zmarłych na wiedeński dworzec. Była to zemsta za brak szacunku dla zmarłych, bardziej popularnych i lubianych, niż się Hofburgowi wydawało.

Szalały burze, wichury i sztormy, pogoda zdawała się dawać upust oburzeniu postawą Wiednia. Bez wojskowej parady, z niewielką eskortą trumny przewieziono potem do Artstetten, gdzie złożono je we wspólny grobowcu, na którym wyryto łaciński napis: Połączyło ich małżeństwo i ten sam los. W pogrzebie uczestniczyli tylko: Maria Teresa, Karol, Zyta oraz najbliższe otoczenie zmarłych. Pogrzeb odprawiono wg minimum wymogów protokolarnych. Dzieci zmarłych umieściły na grobie ich wspólne zdjęcie…

***

W latach 90. XX wieku doszło do krwawej wojny domowej w dawnej Jugosławii – serbskiego ludobójstwo dokonanego na Bośni i Hercegowinie. Sarajewo popadło w ruinę. Kule wystrzelone we Franciszka Ferdynanda i jego żonę w 1914 roku wróciły rynkoszetem i zemściły się na mieście.

Niewątpliwie Austria, a przynajmniej część urzędników i wojskowych (generał Conrad i gubernator Sarajewa, Potiorek), szukała pretekstu do wojny z Serbią. Zamach lub nawet incydent z udziałem arcyksięcia byłby doskonałym uzasadnieniem działań wojennych. Po zamachu Austria nie wszczęła śledztwa – nikt nie został pociągnięty do odpowiedzialności…

Franciszek Ferdynand miał zaś wielu prywatnych wrogów – nienawidzących zarówno jego, jego żony i dzieci, jak i bojących się jego reform, których dokonałby, gdyby został cesarzem. Stanął na drodze ważnym osobom w Austro-Węgrzech – miał się usunąć, bo był niewygodny. Serbia natomiast była żądna krwi…

Z listów i notatek arcyksięcia wynika jasno, że w całą pewnością nigdy nie zażądałby praw cesarzowej dla żony i dziedziczenia tronu dla swoich dzieci- wiązała go przysięga państwowa i religijna, więc zarzuty kierowane pod jego adresem były bezzasadne. Wiadomo, że cenił tradycję, ale chciał wprowadzić pewne reformy, utworzyć federacja państw i ocalić Austro-Węgry od katastrofy. Ich upadek wcale nie był przesadzony. To Sarajewo do niego doprowadziło, pogrążając świat w krwawej wojnie… Ferdynand preferował pokojową politykę wobec Serbii, lecz jego śmierć – paradoksalnie – stała się pretekstem do wojny. Los bywa okrutny…

Otto, syn Zyty, powiedział: Zamordowano go, gdyż był przyjacielem Słowian Południowych, a ani Rosjanie, ani Serbowie nie tolerowali takiej postawy. Zwolennicy panserbizmu bali się go, gdyż chcieli objąć swoim panowaniem ludy, którym on wolał sprzyjać.”

Natomiast księżniczka Stefania, żona Rudolfa, wyznała gorzko:

Sekret Sarajewa jest równie dobrze chroniony, co sekret Mayerling. Oni obydwoje odważyli sie przeciwstawić cesarzowi. Po trochu płacili za swoje szczęście i w końcu zapłacili za nie swoim życiem. Oni ich zabili! Zamach był możliwy tylko i wyłącznie za zgodą ministrów. Cesarz wiedział o niebezpieczeństwach, jakie grożą tam następcy tronu. Po prostu siedział i się przyglądał.

 ***

Nie wiadomo, co by było,  gdyby Ferdynand nie poszedł za głosem serca i poślubił niekochaną przez niego księżniczkę. Nie wiemy, czy doszłoby do wojny. Jednak na pewno nie byłby szczęśliwy. Mimo tragicznych konsekwencji mezaliansu, Ferdynand nigdy nie żałował swojej decyzji o ślubie z Zofią. Choć był politykiem, w głębi serca najbardziej cenił szczęście rodzinne i miłość, jaką odnalazł dzięki Zofii. Słusznie uważa się ich jako pierwsze ofiary I wojny światowej. Oboje nigdy nie żałowali tego, że zdecydowali się na mezalians, ale bardzo drogo zapłacili za prywatne szczęście. Nie tylko oni sami, za życia, znosząc liczne upokorzenia, a wreszcie ponosząc tragiczną śmierć, ale także ich potomkowie.

Dzieci zmarłych przebaczyły zamachowcom. Jednak obchodzono się z nimi od zawsze na wskroś niesprawiedliwie, szerząc kłamliwe plotki. Wystarczy choćby wspomnieć nagonki (mezalians, rzekome planowanie I wś przez samego Ferdynanda i Wilhelma II, co jest oczywistą plotką, fatalna opinia o cechach charakteru Zofii i Ferdynanda), niesłuszną konfiskatę i zniszczenie majątku (Austria, Czechosłowacja), tułaczkę, problemy finansowe, pobyt w obozach koncentracyjnych synów arcyksięcia (Dachau, Flossenburg) – za potępienie nazistów i dążenia do przywrócenia monarchii, zawieruchę wojenną (Niemcy, komuniści) i procesy o odzyskanie należnego majątku… Synowie Ferdynanda i Sophie Chotek znaleźli się podczas II wojny światowej w obozie koncentracyjnym w Dachau, będąc przykładem i wzorem odwagi i życzliwości. Jak powiedział jeden z więźniów: „Nie było w obozie nikogo, kto nie wyrażałby się o Hehenbergach z najwyższym szacunkiem. Takie gałęzie wyrastają tylko z najlepszego pnia. Ci, którzy niegdyś sprzeciwiali się temu małżeństwu zupełnie nie mieli racji”.

Dzieci Ferdynanda i Zofii przeszły piekło, choć, jak na ironię, ich rodzice pragnęli dla nich wyłącznie szczęścia i beztroskiego spokoju. Tymczasem utracili ukochanych rodziców, dom, ojczyznę, dobytek, dobre imię. Skonfrontowano je z obozami koncentracyjnymi, okrucieństwami wojny i komunizmu. Jednak rodzeństwo zawsze trzymało się razem, kochając się i wspierając, nie tracąc optymizmu i wiary, że dobro zawsze zwycięża, pozostając wierni duchowi cesarstwa. To godne podziwu, że po tylu tragediach byli w stanie jeszcze tak myśleć… Córka Ferdynanda i Zofii żyła najdłużej z trójki rodzeństwa (zm. w 1990, w wieku 89 lat) i do końca życia broniła pamięci o rodzicach.

Po śmierci najstarszego syna, Maxa, pewna gazeta słusznie zauważyła:

(…) Nie pozwolono mu być Habsburgiem, choć okazał się wart więcej niż wszyscy pełnokrwiści Habsburgowie. 

Po wielu, wielu latach od zamachu w krypcie Kapucynów umieszczono tablicę pamiątkową poświęcona pamięci pary zamordowanej w Sarajewie, której odmówiono tu wspólnego pochówku.

***

 

W opinii niektórych zabójstwo Ferdynanda i jego żony stanowiło „szczęśliwe zrządzenie opatrzności dla Austrii”, podczas, gdy inni uważali, ze gdyby żył, zakończyłby się okres stagnacji obecnych rządów, które stały się „nie do utrzymania z powodu słabości i braku panowania” i dążyłby do tego, by oprzeć monarchię na solidniejszych podstawach w polityce wewnętrznej i zagranicznej.

Są liczni współcześni i potomni, którzy uważali, iż nieszczęściem państwa i dynastii było to, że Franciszek Józef żył tak długo. Gdyby po 30 latach nastąpił jego syn albo przynajmniej po 50 latach jego bratanek, Ferdynand, być może dzieje świata przybrałyby inny obrót…

Być może. Rudolf i Franciszek Ferdynand byliby nowatorami na tronie. Możliwe, że gdyby byli niebezpiecznymi nowatorami, którzy zniszczyliby więcej niż ulepszyli. Być może. Ich przedwczesna śmierć uniemożliwiła sprawdzenie tego. „Było osobliwym zrządzeniem losu to, że trzej następcy tronu Domu Austriackiego, po których spodziewano się niebezpiecznego odejścia od niewzruszenie utrzymywanej tradycji, Don Carlos [cesarz Karol, następca Ferdynanda], Rudolf i Franciszek Ferdynand, zmarli gwałtowną śmiercią” – historyk Heinrich Benedykt. 

Rudolf i Ferdynand zginęli od kuli, nie doczekawszy objęcia tronu…

Jesienią 1908 roku Austro-Węgry ogłosiły aneksję Bośni i Hercegowiny. Doprowadziło to do zaostrzenia sytuacji na Bałkanach – „Serbia stała się zaprzysięgłym wrogiem Austro-Węgier, pałającym żądzą zemsty”. 30 lat wcześniej arcyksiążę Rudolf miał przewidzieć, że ekspansja na Bałkanach okaże się ogromnym błędem i będzie równoznaczna z wykopaniem sobie grobu. Osoby podzielające ten pogląd nie były zaskoczone tym, że wydarzenia w Bośni zapoczątkują wojnę, w wyniku której upadnie cesarstwo.

***

Wbrew temu, co miałam okazję przeczytać w licznych recenzjach książki, autorzy nie wybielają postaci Franciszka i Zofii, lecz dementują niesprawiedliwe plotki  na ich temat, które rozsiewano już za ich życia. Po prostu wreszcie powiedziano prawdę, zadano kłam krzywdzącym, ponad 100-letnim plotkom.

Treść książki nie była dla mnie zaskoczeniem, ponieważ interesuję się tym tematem od dawna. W ogóle nie zaskoczył mnie opis cesarza – nie od dziś wiadomo, że  swoim ograniczeniem intelektualnym doprowadził do niejednej tragedii – osobistej i politycznej. Nie bez powodu nie mogła się z nim porozumieć ani Sisi, ani Rudolf, oboje bardzo inteligentni i nowocześni. Oboje przewidzieli też schyłek monarchii…

Cesarz był autorytarny – jako monarcha i człowiek. Ferdynanda traktował podobnie jak kiedyś Rudolfa, tylko że ten stawiał cesarzowi jawny opór, mówił szczerze o tym, co myśli, czym „zaskarbił” sobie niechęć cesarza. Ten zaś był święcie przekonany, że zasiadł na tronie w woli Boga – oraz – że Sarajewo było również wolą Boga – a zarazem dowodem boskiego potępienia mezaliansu i nowoczesności…  Lektura książki utwierdziła mnie tylko w przekonaniu, że Sisi i Rudolf mieli zupełną rację odnośnie polityki Franciszka Józefa i stęchłego klimatu arystokracji wiedeńskiej, od której uciekali w miarę możliwości. Nie ukrywam, że ciężko mi było przebrnąć przez fragmenty, w których autorzy opisywali podłe intrygi kierowane pod adresem Zofii, nawet po jej śmierci… Sposób, w jaki  postępowano z nimi za życia i po śmierci to po prostu hańba i plama na honorze Austrii i Habsburgów.

Książka napisana została w podobnym stylu jak „Cesarzowa Elżbieta” Brigitte Hamann, choć jest bardziej zwięzła (ponad 300 stron). Nie jest to zatem powieść, lecz historia opowiedziana językiem popularnonaukowym, bardzo ciekawie napisane opracowanie historyczne losów Ferdynanda, Zofii i ich rodziny.

Historia arcyksięcia i jego wybranki to wręcz idealny materiał zarówno na film, jak i na powieść – mam nadzieję, że takowe kiedyś powstaną!  I mam tu na myśli nie tylko ckliwy melodramat, podkreślający tragizm pięknej miłości zwieńczonej wspólną śmiercią, choć niewątpliwie nie byłoby tutaj żadnego przekłamania, lecz pasjonującą historię tych dwojga. 

Byli chyba najszczęśliwszym małżeństwem w dziejach Habsburgów. Choć nie urzekająco młodzi i klasycznie piękni, choć oboje nie dostąpili tytułów cesarskich… według mnie zasługują na podziw i szacunek dużo bardziej niż inne pary, włączając nieudane małżeństwo Sisi i Franciszka Józefa oraz cara Mikołaja II z Aleksandrą. A tak bardzo ich niedoceniano… Zupełnie niesłusznie, bo Ferdynand i Zofia stworzyli cudowną, kochająca się rodzinę.

 

Dzięki tej książce prawda wreszcie ujrzała światło dzienne.

Serdecznie polecam wszystkim lekturę tej książki!

PS. Ciekawostka: istnieje szkocka grupa rockowa „Franz Ferdinand” – niektóre piosenki tej grupy odwołują się bezpośrednio do historii zamachu w Sarajewie (Take me out; All for you, Sophia; Black Hands).